• Ogłoszenia

    • Ona89

      Zmiana Adresu   18.01.2018

      Witajcie. Nasze forum zjawiskaparanormalne.pl zmienia adres na : www.paranormalne.com.pl Zapraszamy!

CzarownicaSa

Użytkownik
  • Zawartość

    19
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0 Neutral

O CzarownicaSa

  • Tytuł
    Member
  • Urodziny 25.03.1990

Converted

  • interests
    Pisanie, książki, robótki na drutach, rysunek.
  • occupation
    Matka Polka, Technik Hodowca Koni
  1. Znalazłam na youtube serię "Nawiedzone domy". Opisuje przypadki nawiedzonych miejsc w Ameryce- poltergeisty, demony, duchy zmarłych. Moim zdaniem seria bardzo ciekawa, na pewno pozostawia duże pole do dyskusji- niektóre opisane rzeczy jestem w stanie wyjaśnić w sposób racjonalny, ale części z nich nie. Odcinek drugi, "Morderstwo w piwnicy Pod Czarnym Koniem"- Jakie są Wasze wrażenia?
  2. Uśpiony zgadzam się z Tobą. Idąc gdziekolwiek w teren zawsze staram się zabrać ze sobą psa- bo on zawsze wyczuje, czy coś jest nie w porządku. Gdy zwiedzałam z nim stary, opuszczony młyn w pobliżu pól Grunwaldu też były miejsca, gdzie wchodził bez wahania- w inne z kolei węszył i nawet nie przekroczył łapą progu, za nic. Na wyżej wspomnianych Włochach jest też miejsce- alejka, gdzie z jednej strony są stare bunkry, a z drugiej stary cmentarz. Cmentarz sam w sobie jest mocno klimatyczny i czuć, że kręci się tam wiele istot(tam pierwszy raz miałam okazję poznać i zobaczyć Strażnika Miejsca, a także "wyczuć" przeszłość obiektu). Mnie przestraszył, bo wtedy jeszcze wielu rzeczy nie wiedziałam i wyczuwając takie nagromadzenie bytów czułam się zagrożona. Niemniej idąc tą alejką, wrażenie jest niesamowite- od bunkrów bije mrok, ciemność i niesamowite zimno(mi aż ręka zdrętwiała, choć byłam ubrana w grubą, puchową kurtkę), zaś od cmentarza ciepło i spokój. W piątek popytam chłopaka gdzie to dokładnie jest. Szliśmy tam nocą, nie odtworzę teraz drogi.
  3. Pozwolę sobie zamieścić fragment książki autorstwa Aleksandra Grobickiego "Niezwykłe katastrofy XXI wieku". W podanym fragmencie najbardziej zaciekawiła mnie wzmianka o polakach- również ofiarach Trójkąta, o których wcześniej nie słyszałam. "LOT W NIEZNANE Piszę o katastrofach niezwykłych. Jedne — jak wybuch w porcie Halifax — pociągały tysiące ofiar, w innych liczba ta była znikoma, a mimo to przeszły do historii bądź literatury. Oto jedna z nich — do dziś nie wyjaśniona i wciąż frapująca ludzi zajmujących się niewytłu­maczalnymi wydarzeniami — tajemnica „Trójkąta Bermudzkiego“. Fort Lauderdale na Florydzie, baza lotnicza amerykańskiej mary­narki wojennej, 5 grudnia 1945 r. Warunki atmosferyczne doskonałe, słaby wiatr północno-wschodni, zachmurzenie umiarkowane, tempe­ratura 19°C. Na pasie startowym stoi pięć bombowców typu Grimman TBM-3 „Avenger“ gotowych do lotu nr 19 (Flight 19). Mecha­nicy sprawdzili już ich 1600-konne silniki Wrighta, które umożliwiają przy obciążeniu 1000 kg bomb lub torped rozwijanie prędkości 500 km/h, oraz 16-metrowe skrzydła, czy aby nie wykazują oznak „zmęczenia“ metalu. Wszystko jest „O.K!“ (w porządku). Tankują więc do zbiorników 7,5 t paliwa wystarczającego na pokonanie dy­stansu około 1500 km. Szkolny lot nr 19 ma za zadanie skierować się wprost na wschód w kierunku Wysp Bahama (250 km nad morzem), wystrzelić torpedy do celów umieszczonych na wodzie w okolicy wyspy Bimini, skręcić na północ, po 65 km zawrócić na południowy zachód i po 2 godzi­nach lotu powrócić do bazy. Rutynowy lot — przy tak dobrej pogo­dzie nie nastręczający (wydawałoby się) żadnych kłopotów. Na wypa­dek wszakże przymusowego — z powodu awarii — wodowania, lotni­cy mają kamizelki ratunkowe, tzw. „May West“, samoloty zaś wypo­sażone są w gumowe tratwy umocowane na zewnątrz, odczepiające się automatycznie i wypełniające powietrzem przy zderzeniu z wodą. Załoga każdego bombowca składa się z trzech ludzi: pilota, radio­operatora i Strzelca pokładowego. Wszyscy mają za sobą od półtora do czterech lat służby w lotnictwie. Eskadrą dowodzi doświadczony pilot (2,5 tys. godzin lotów), por. Charles Taylor. Godzina 13.00. W jednym z baraków szeregowiec Robert Gruebel i sierżant Robert Galii van przygotowują się do rychłego odlotu. Tylko kapral Allen Kosner nie rusza się ze swojego posłania. — Nie lecisz? — pyta sierżant. — Odlatałem już swoje w tym miesiącu. Nie mam ochoty na więcej i nie ma powodu, bym musiał. — Szczęśliwy facet — zauważa Gallivan. Nie mają pojęcia, jak bardzo szczęśliwy, jako jedyny bowiem ocaleje spośród 15 członków załóg samolotów biorących udział w locie nr 19... Godzina 14.00. Wszyscy (prócz Kosnera) są już na swoich miej­scach. Następuje sprawdzanie stanu gotowości. — Paliwo? — zapytują z wieży kontrolnej. — O.K! — odpowiada każdy pilot. — Radio? — Funkcjonuje dobrze — stwierdzają radiotelegrafiści. — Ekwipunek ratowniczy? Również odpowiedź pozytywna. Samoloty startują, tworzą formację i odlatują na wschód w stronę Wysp Bahama. Tam po wykonaniu zadań przegrupowują się i zawra­cają do bazy. Jak dotąd wszystko gra. Godzina 15.15. Znudzony kontroler lotów czyta komiksy. Nagle odzywa się radio: — Wołam wieżę, wołam wieżę — mimo zakłóceń poznaje głos porucznika Taylora. — Zaistniała nagła potrzeba... — Macie jakieś kłopoty? — pyta kontroler. — Wydaje się, że zboczyliśmy z kursu — w głosie Taylora czuć zdenerwowanie. — Nie dostrzegamy lądu. Powtarzam: nie dostrzega­my lądu. — Podajcie swoją pozycję — uspokaja kontroler. — Nie jestem jej pewien — z wahaniem odpowiada Taylor. — Wygląda na to, że zgubiliśmy się. — To niemożliwe! — wykrzykuje pilot przebywający właśnie w wieży kontrolnej i przysłuchujący się rozmowie. — Nikt nie może się zgubić w tak dobrym do lotu dniu jak dzisiaj. — Lećcie wprost na zachód — nakazuje kontroler. Odpowiedź Taylora jest zaskakująca: — Nie jesteśmy pewni, gdzie jest zachód. Nic tu w górze nie jest takie, jak powinno być. Nawet ocean nie wygląda tak, jak powinien. — Co się dzieje z tymi chłopcami? — denerwuje się kontroler. — Wystarczy, by się skierowali wprost na słońce, a będą lecieć na zachód. Pełnej odpowiedzi na pytanie, co się dalej działo z lotem nr 19 już nie otrzymano, nastąpiła bowiem przerwa spowodowana jakimiś bli­żej nie sprecyzowanymi zaburzeniami atmosferycznymi. Przez nas­tępną godzinę wieża kontrolna odbierała wprawdzie fragmenty roz­mów prowadzonych między pilotami, nie była jednak w stanie nawią­zać z nimi łączności. Z rozmów tych wynikało, że piloci nadal nie byli w stanie określić swojej pozycji. Wyczuwało się w ich głosach wzras­tający strach. Około godz. 16.00 usłyszano przez radio, że por. Taylor zdaje do­wództwo innemu pilotowi: — Może ty wyprowadzisz nas... — mówi. W 15 minut później nowy dowódca lotu nr 19, kapitan pilot pie­choty morskiej George Stivers nadaje: — Musimy się znajdować gdzieś o 250 mil na południowy zachód od bazy. Nie jesteśmy pewni gdzie... musieliśmy minąć Florydę i leci­my chyba nad Zatoką Meksykańską... Wygląda, że... — w tym mo­mencie następuje ostry trzask zagłuszający dalsze słowa. Zdenerwo­wany kontroler usiłuje pochwycić słabe sygnały. Dochodzi go jeszcze rozkaz Stiversa do pilotów, by zrobili zwrot o 180° i lecieli z powrotem nad Florydę. Przechwytuje też rozmowy między pilota­mi, z których wynika, że kończy im się paliwo, że wiatr osiąga pręd­kość 120 km/h, oraz że wszystkie instrumenty pokładowe „zwario­wały“ i każdy daje inny odczyt. Słyszalność szybko słabnie, z czego można wnioskować, że samoloty oddalają się teraz na wschód — nad pełne morze. Wreszcie daje się słyszeć przepełniony strachem okrzyk Stiversa: — Mój Boże! Wygląda, jakbyśmy wlatywali w białą wodę... Jesteś­my zgubieni!... W 1945 r. nie utrwalano jeszcze na taśmie wszystkich rozmów pro­wadzonych między bazą a pilotami. Urządzenia były bardzo prymi­tywne i w rutynowym locie nr 19 nie było powodów, by rozmowy takie nagrywać. Stąd przytoczone wyżej fragmenty były tylko odtwo­rzone z pamięci przez personel bazy. Mogły więc budzić (i budziły) zastrzeżenia, szczególnie ostatnie zdanie, jakie ponoć odebrano od kpt. Stiversa. Brzmieć miało tak: — Nie lećcie za nami... oni wyglądają, jak gdyby przybyli z kos­mosu (from outer space). Godzina 16.30. Od startu lotu nr 19 minęło dwie i pół godziny. Łączności z samolotami nie sposób nawiązać. Milczą. Baza nadaje do wszystkich stacji lotniczych sygnał alarmowy Mayday. W położonej o 250 km na północ od Fort Lauderdale Banana Ri­ver Naval Air Station, por. Harry Cole i 12 członków jego załogi pę­dzą do swojego samolotu-amfibii typu „Martin Mariner PBM“, za­opatrzonego w specjalne instrumenty i przyrządy do ratowania lotni­ków z morza. Startują kierując się w stronę, gdzie — jak się przypusz­cza — może znajdować się zaginiona eskadra. Po starcie por. Cole melduje przez radio do bazy: — Lecimy około 11 minut na południowy wschód. Jak dotąd ni­czego nie widać — po czym milknie i nie odzywa się więcej. — Co się stało z tą amfibią? — wykrzykuje komendant bazy. — Powinna się zgłaszać co kilka minut... Po godzinie bezskutecznych prób nawiązania łączności wiadomo już, że poszukiwać trzeba nie pięciu, lecz sześciu samolotów i nie 14, lecz 27 zaginionych lotników. Rozpoczyna się więc jedna z najwięk­szych morsko-powietrznych akcji ratowniczych. Bierze w niej udział 307 samolotów startujących z lądu i z lotniskowców, 4 niszczyciele marynarki wojennej, kilka okrętów podwodnych, 18 jednostek straży przybrzeżnej, specjalne statki ratownicze oraz setki prywatnych jach­tów i łodzi motorowych. Z Wysp Bahama dołączają jednostki mary­narki i lotnictwa brytyjskiego. Od świtu do zmroku, lecąc wolno na wysokości 100 metrów nad falami, samoloty czeszą morze na obsza­rze 600 tys. km2. Bezskutecznie! Nie znaleziono ani tratew ratunko­wych, ani jakichkolwiek szczątków, nawet plam rozlanego na wodzie oleju. — Nie jesteśmy w stanie zgadywać, co się stało — oświadcza rzecz­nik marynarki USA. A cóż mogło się stać? Wysunięto kilka teorii: — awaria silników — jest jednak nieprawdopodobne, by mogła nastąpić równocześnie w 6 samolotach i spowodować, że wszystkie runęły do morza; — zderzenie w powietrzu lub wessanie przez gigantyczną trąbę wodną — w takim wypadku musiałyby jednak pozostać na wodzie jakieś ślady — szczątki samolotów, plamy oliwy; — zaburzenia magnetyczne — które istotnie nad tym akwenem, popularnie zwanym Trójkątem Bermudzkim, występują powodując odchylenia igieł kompasu. Jest to jedno z tych miejsc na kuli ziem­skiej, gdzie kompas pokazuje prawdziwą, a nie magnetyczną północ. Ale piloci o tym wiedzą i wystarczy skierować się ku słońcu, by we­dług niego określić swoje położenie; — niezwykłe zaburzenia atmosferyczne tworzące, według autorów science fiction, tzw. „dziury w niebie“ połykające samoloty — w którą to teorię jak dotąd żadne autorytety naukowe nie wierzą, a cóż dopiero lotnictwo USA; — zła pogoda. Wprawdzie dość silne wiatry, dochodzące do 65 km/h odnotowano na tym obszarze tuż przed zaginięciem samolo­tów, nie były jednak aż tak groźne, by stanowiły problem dla silnych motorów Wrighta. Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że eskadra w po­wrotnej drodze do bazy znalazła się w zasięgu zaburzeń magnetycz­nych, które spowodowały „zwariowane“ wskazania igieł kompasów. Po kilku minutach takiego zamieszania piloci mogli ulec panice i wówczas zupełnie zdezorientowany kpt. Stivers nakazał zwrot o 180° w kierunku — jak sądził — Florydy. Wszakże gdy tylko samoloty skręciły na wschód, los ich był przesądzony. Poleciały nad otwarty ocean, gdzie po wyczerpaniu się paliwa musiały wodować. Ciężkie maszyny szybko poszły na dno. Dlaczego jednak załogi nie przesiadły się wówczas na pneumatyczne tratwy? Sądzi się, że lecąc za swoim zdezorientowanym dowódcą gwałtow­nie zanurkowały, momentalnie pogrążając się w wodę. Załogi oczy­wiście nie miały żadnych szans, tratwy nie zdążyły się odczepić i napeł­nić powietrzem. Nie znaleziono żadnych szczątków, maszyny bowiem nie rozbiły się podczas nurkowania. Przypuszcza się również, że amfibia, która wyruszyła na ratunek, eksplodowała w powietrzu na skutek przecieku paliwa, a jej szczątki i ciała załogi szybko uniosły prądy morskie. Katastrofą tą, po której nie pozostało najmniejszego śladu, zajęli się oczywiście niestrudzeni badacze tajemnic „Trójkąta Bermudzkie- go“. Sugerują oni, że lot nr 19 wchłonięty został w jakiś inny wymiar bądź porwany przez UFO. Na dowód przytaczają owe ostatnie słowa wypowiedziane ponoć przez kpt. Stiversa: „wyglądają, jakby przybyli z kosmosu“. Nie sposób oprzeć się chęci opisania jeszcze jednej tego rodzaju niezwykłej katastrofy. Była niemal identyczna (?) i wydarzyła się w tym samym, zaczarowanym (?) „Trójkącie Bermudzkim“, tyle że nie zyskała szerszego rozgłosu, zginęło w niej bowiem tylko trzech mało znaczących ludzi. Pośród nich był mój serdeczny przyjaciel, Jurek Golas, poszukiwacz diamentów w „czarnej“ rzece Mazaruni, przepły­wającej przez (brytyjską wówczas) Gujanę. Pod jego bacznym okiem uczyłem się wydobywania diamentów z dna rzeki. Do rzeczy wszakże: Było lato 1964, roku gdy Jurek załatwiający właśnie interesy w To­ronto (Kanada) otrzymał telegram z informacją o narodzinach trze­ciej córki. Nietrudno było odlecieć jeszcze tego samego dnia do Georgetown, stolicy Gujany, gdzie miał swój dom, tyle że nie było bezpo­średniego połączenia. Musiał nocować w Miami na Florydzie i dopie­ro następnego dnia rano lecieć dalej. Przeto gdy w barze hotelu lot­niskowego w Miami spotkał swojego kumpla z aeroklubu w Georgetown (Jurek był pilotem, właścicielem trzech awionetek), Johna Greenshawa, bardzo się ucieszył. John zakupioną z amerykańskiego demobilu dakotą przewoził z Gujany na Florydę złote rybki do akwariów amerykańskich hobbis­tów, a w odwrotnym kierunku kurczaki na stoły gujańskich smako­szy. „Po co masz czekać do jutra na samolot? Leć ze mną. Za godzinę startuję“ — zaproponował i Jurek oczywiście skorzystał z tak niespo­dziewanej okazji. Leciało ich trzech. John, jego mechanik i Jurek. Wieźli sześć tysię­cy kurczaków. Pogoda była piękna. Żaden huragan nie zagrażał. Ostatni radiowy meldunek wieża kontrolna na lotnisku w Miami ode­brała, gdy samolot ominął Kubę (ze względu na amerykańską bloka­dę wyspy przelatywać nad nią nie mógł). Kiedy po 45 minutach, w przewidywanym i ściśle w powietrzu przestrzeganym terminie, następ­nego meldunku już nie było, ogłoszono alarm. Przez dwa tygodnie okręty i samoloty amerykańskie, brytyjskie, meksykańskie i wenezu­elskie przeszukiwały Morze Karaibskie pomiędzy Kubą a wybrzeżem południowoamerykańskim. Bezskutecznie. Nie znaleziono absolutnie żadnych śladów. Ani szczątków samolotu, ani plam rozlanej na wo­dzie oliwy, ani — co najbardziej zadziwiające — kurczaków, lub ra­czej ich pierza, które musiałoby chyba wypłynąć na powierzchnię z rozbitej przy zderzeniu z wodą maszyny. Nie znaleziono też ofiar wypadku i żona Jurka musiała czekać siedem lat, nim oficjalnie uzna­no go za nieżyjącego i mogła przejąć po nim nielichy „diamentowy“ spadek. Mini-katastrofa? — Oczywiście, ale wraz z opisaną katastrofą lotu nr 19 dająca wiele do myślenia." Co sądzicie o tych przypadkach? Nasuwają Wam się jakieś teorie, dotyczące "polskiego" samolotu? Mnie bardzo ciekawi wymiana zdań między pilotami a kontrolą lotów, konkretnie wspomnienie o "białej wodzie" i "przybyszach z kosmosu".
  4. Nie, Włochy.
  5. "Bobbie i Betty wiodły jednakowe życie, ich udziałem była też jednakowa śmierć. Nastąpiła w tej samej chwili, o północy, a oba świadectwa zgonu stwierdzały w identyczny sposób, że jej przyczyna nie została ustalona. Bliźniaczek nie zabiła żadna ze znanych dolegliwości fizycznych. Wydawało się jednak, że śmierć uderzyła od wewnątrz. Czyżby przywołały ją mocą swej woli? A może jedna z sióstr wywołała zgon obydwu? Już w chwili przyjścia sióstr na świat padł na nie cień śmierci. Bobbie i Betty urodziły się 19 sierpnia 1930 roku w Purlear, w Północnej Karolinie. Tego dnia urodziło się również trzecie dziecko, Billie, ale z trojaczków przeżyła jednak tylko dwójka. Bobbie i Betry chodziły do szkoły w identycznych strojach. W tym samym czasie przechodziły te same choroby wieku dziecięcego. Kupowały taki sam rodzaj cukierków. W tym samym czasie wycięto im migdałki, a gdy którąś z nich bolały zęby, druga także miała ból zębów. Kiedy ząb jednej z nich zepsuł się, tak że trzeba było go usunąć, u jej siostry zaczynał się psuć taki sam ząb, który również należało wyrwać. W piątej klasie, gdy bliźniaczki miały jedenaście lat, przetestowano je. Testy wykazały, że tożsamość fizyczna sióstr nie kończy się na zębach i migdałkach, lecz sięga znacznie głębszych sfer. Nierozerwalność ich życia znalazła odbicie także w jedności intelektualnej. W szkole miały identyczne lub prawie takie same oceny. Wydaje się, że mniej więcej w tym czasie zaczął rozwijać się między nimi nowy rodzaj układu. Choć dla obserwatorów z zewnątrz dziewczynki wciąż wydawały się nie do odróżnienia, ich rodzice i niektórzy nauczyciele zauważyli, że Bobbie zaczyna nieznacznie wyprzedzać Betry i zdobywać nad nią lekką przewagę, zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Być może, to właśnie wtedy siostry znalazły się w rozstrzygającym punkcie swego bliźniaczego życia. Inność Bobbie mogła odsunąć ją od Betry. Każda z dziewcząt mogła zacząć żyć pełniej na własny sposób, mogła wykształcić bardziej autentyczną indywidualność. Ale to nie nastąpiło. Przeciwnie, bliźniacze podobieństwo pogłębiało się coraz bardziej, z tym że Bobbie zaczęła zyskiwać dominację. W szkole średniej wciąż jeszcze były sobie bliskie i trzymały się razem. Obie należały do kółka chórzystek ze względu na swe nieprzeciętne zdolności muzyczne. Gdy jedna z nich zaczynała nucić jakąś melodię, druga potrafiła podjąć ton, ciągnąć takim samym głosem, nawet jeśli pozornie siostry znajdowały się poza zasięgiem słuchu. Eksperci śledczy, którzy mieli później przygnębiającą okazję zagłębić się w rycie dziewcząt, wykryli w nim układ wzrastającej dominacji Bobbie. W trzecim roku szkoły średniej bliźniaczki pełniły wyższe funkcje w samorządzie klasowym. Bobbie miała same piątki; Betry uzyskiwała same czwórki. W tajnej opinii nauczycieli na temat cech charakteru oceniano Bobbie jako bardziej niezawodni i pracowitą od Betty, choć większość nauczycieli uważała obydwie za sympatyczne i godne podziwu. Obie chodziły na lekcje gry na pianinie. Bobbie grała lepiej niż Betty. Przewyższała ją wzrostem o dwa i pół centymetra, ważyła też odrobinę więcej. W szkole średniej od czasu do czasu spotykała się z chłopcami. Betty zostawała w domu. Charakter pisma Bobbie wydoroślał w porównaniu z pismem Betty. Na podstawie kronik szkolnych i rozmów z ludźmi, którzy znali bliźniaczki, rysuje się wizerunek Bobbie coraz bardziej przywódczej i Betty coraz silniej podporządkowanej. Bobbie, na przykład, miała wzrok słabszy od Betty i musiała nosić okulary. Betty również zaczęła nosić okulary, choć ich nie potrzebowała. Kiedy zaś Bobbie przestała używać szkieł, Betty też przestała, równie nagle. Na pewnym etapie Betty pisała nawet swoje imię przez "ie" na końcu, żeby upodobnić je do imienia Bobbie. Chociaż nie zauważało się, aby między Bobbie i Betty istniało jakieś szczególne napięcie, to jednak po ukończeniu szkoły średniej Bobbie najwidoczniej usiłowała odejść i żyć na własną rękę. Zdobyła pracę w sklepie wielobranżowym, odległym o piętnaście kilometrów. Był to pierwszy jak dotąd przypadek wyjazdu którejś z bliźniaczek z Purlear, a jednocześnie pierwsze w ich życiu rozstanie. Po upływie mniej więcej roku Bobbie porzuciła pracę i siostry znowu stały się nierozłączne. Spotkały się na krótko w Purlear, a potem wyruszyły do Winston-Salem, gdzie wróciły do swego modelu równoległego życia. Znalazły pracę w tej samej fabryce papierosów, mieszkały w tej samej kamienicy i razem przyjeżdżały na weekendy do domu. Ani one same, ani ich krewni czy przyjaciele nie zdawali sobie sprawy, że w głębi ich bliźniaczych umysłów od dawna tykają psychiczne bomby zegarowe. Ten sam proces powielenia genów, który dał im w efekcie identyczne bóle zęba i oczy o szarobrązowym odcieniu, zapoczątkował w nich identyczny rodzaj szaleństwa. Wydaje się, że Bobbie pierwsza uległa jego atakowi. Po dwóch latach spędzonych w Winston-Salem wróciła do domu i zaczęła, jak określają to mieszkańcy Purlear, zachowywać się całkiem jak nie ona". Betty próbowała wytrzymać w Winston-Salem trochę dłużej, najwyraźniej walcząc o uzyskanie własnej, niezależnej tożsamości. Lecz i ona wróciła do Purlear, jakby przyciągnięta niewidzialnym magnesem. Po powrocie do domu bliźniaczki zaczęły żyć swoim własnym życiem, w dziwnym, oderwanym od rzeczywistości świecie. Kiedy ktoś przychodził, uciekały do innego pokoju. Były zamknięte w sobie, chorobliwie nieśmiałe, podejrzliwe i bojaźliwe. "Zupełnie nie mogły dać sobie rady ze sobą" - powiedział ich ojciec. I z przenikliwością kaznodziei z gór pastor Eller rozpoznał chorobę córek. Lekarze nazywają ją schizofrenią. Bobbie i Betty równolegle ulegały postępującej powoli i nieubłaganie chorobie. Coraz bardziej odrywały się od rzeczywistości, wycofując się wciąż dalej i dalej w głąb swych splątanych jaźni. W końcu rodzina umieściła siostry w stanowym szpitalu psychiatrycznym w Morganton, około siedemdziesięciu kilometrów od Purlear. Był styczeń 1961 roku. Blisko trzy miesiące później bliźniaczki opuściły szpital w jakby lepszym stanie zdrowia. Jednak znowu w niesamowity, równoległy sposób przeżyły nawrót choroby. Osokom, które znały je i kochały, wydawało się, że siostry mają dostęp do jakiegoś niezwykłego świata, w którym obie mogą znajdować wzajemną jedność. Nikomu poza nimi nie została dana wiedza o owym fantastycznym świecie. Kursowały między szpitalem a domem, czasami na długo pozostając w klinice. Wreszcie w styczniu 1962 roku zostały zwolnione. Przepisano im specjalne leki, które miały trzymywać w domu. Ale w ich fantastycznym świecie lekarstwa wyobrażały kajdany ściągające siostry z powrotem w rzeczywistość. Nie chciały ich przyjmować. W końcu nie potrafiły też nic zjeść, o ile nie zostały zmuszone siłą. 1 kwietnia 1962 roku straszliwie wychudzone i ledwie świadome istnienia realnego świata, bliźniaczki jeszcze raz znalazły się w klinice Broughton. Choroba psychiczna spustoszyła ich umysły w przerażająco podobny sposób. Lecz schemat dominacji Bobbie był wciąż aktualny: Bobbie jadła więcej niż Betty i dlatego była od niej mniej wychudzona. Psychiatrzy w Broughton dostrzegli ten schemat i doszli do wniosku, iż dominacja Bobbie nad Betty w jakiś niezrozumiały sposób pogłębia chorobę sióstr. Sądzili, że gdyby udało się odseparować je od siebie, zerwanie ogniwa łączącego bliźniaczki mogłoby pomóc przywrócić im zdrowie. Bobbie i Betty zostały więc rozdzielone. Bobbie umieszczono na oddziale 8, Betty na oddziale 12. Było to ich pierwsze fizyczne rozstanie, od momentu gdy kilka lat wcześniej choroba umysłowa zespoliła je w jedno. W nocy obie siostry dostały ataku katatonii. Ich ciała zesztywniały, obydwie zamarły w bezruchu. Obydwie niewidzącym wzrokiem patrzyły przed siebie w przestrzeń. Obydwie zagryzały dolną wargę. Nie mogły się widzieć - były przecież skutecznie odseparowane od siebie, znajdując się na różnych oddziałach. Jednak później, kiedy dyżurne pielęgniarki porównały swoje notatki, odkryto, iż zewnętrzne symptomy ataku były takie same. Bliźniaczkom podano środki uspokajające. Przynajmniej tym razem nie potraktowano ich jak bliźniąt: każdej podano inne lekarstwo, Bobbie w zastrzyku, Betty doustnie. Siostry uspokoiły się i poszły spać. Bobbie była sama w pokoju na oddziale 8, gdzie pielęgniarka obserwowała ją czujnie na wypadek ponownego ataku. Betty znajdowała się z innym pacjentem w sali na oddziale 12. Około godziny jedenastej w środę wieczorem Betty wstała z łóżka. Mówiła, że chce się napić wody. Pielęgniarka weszła do sali, uspokoiła ją i ułożyła z powrotem w łóżku. Po niedługim czasie sprawdziła, czy Betty śpi, oświetlając na chwilę jej twarz. Betty uchyliła powieki, po czym znowu zapadła w sen. Za pięć pierwsza w nocy ze środy na czwartek pielęgniarka dyżurująca na oddziale Bobbie poczuła, że coś się stało. Nie potrafiła wyjaśnić tego odczucia, ale coś przyciągnęło ją do łóżka chorej. Bobbie nie żyła. Zdając sobie sprawę z dziwnej więzi łączącej obie siostry, pielęgniarka natychmiast zadzwoniła na oddział 12 i poprosiła, żeby ktoś sprawdził, co dzieje się z Betty. Leżała martwa na podłodze. Prowadzący dochodzenie ustalili później, że bliźniaczki znaleziono leżące w tej samej pozycji, na tym samym boku, z nogami podciągniętymi w ten sam sposób. Samobójstwo wykluczono z wielu powodów. Szpitale psychiatryczne stosują pod tym względem niezwykle rygorystyczne środki ostrożności. W aktach tamtejszego szpitala zapisano wiele udaremnionych samobójstw. Poza tym odebranie sobie życia nie pasowało do schematu zachowań bliźniąt schizofreników. "Samobójstwo - stwierdził w swoim studium doktor Kaalimann - jest jednym z tych nielicznych aktów, które nie mają szans realizacji w życiu obojga bliźnia". Należało jednak ustalić przyczynę śmierci. Zadanie zlecono wybitnemu patologowi, doktorowi Johnowi C. Reece'owi, byłemu prezesowi Towarzystwa Patologicznego Północnej Karoliny i Stanowego Towarzystwa Medycznego. Po dokonaniu szczegółowej sekcji zwłok odkrył on, że wzajemne podobieństwo bliźniaczek rozciąga się też na ich organy wewnętrzne. Na przykład, mózgi obu kobiet były ukształtowane w niemal identyczny sposób. Opisując swoje poszukiwania przyczyny zgonów, doktor Reece po kolei zmuszony był wykluczyć każdą z wyobrażalnych przyczyn. - Nie wykryłem żadnych objawów obrażeń czy choroby, które mogłyby spowodować śmierć bliźniaczek - powiedział. W obydwu świadectwach zgonu rubrykę "Przyczyna śmierci" pozostawił nie wypełnioną. Następnym etapem było wysłanie narządów wewnętrznych sióstr do dokładniejszej analizy. Technicy laboratoryjni biura śledczego starali się wykryć nikłe ślady zatrucia lekami. Istniała, na przykład, pewna możliwość, że śmiertelną reakcję wywołały w organizmach sióstr środki uspokajające. Ale środki te były dobrze znanymi, przetestowanymi farmaceutykami, a nawet gdyby przyjąć naciąganą hipotezę, że bliźniaczki uległy działaniu dwóch różnych leków w tej samej chwili, reakcje śmiertelne ujawniłyby się krańcowo odmiennie w narządach wewnętrznych. Podobnie jak doktor Reece, pracownicy laboratorium nie potrafili wyjaśnić przyczyny śmierci. Narządy wewnętrzne zmarłych wysłano zatem do należącego do FBI najlepiej wyposażonego laboratorium śledczego świata. Problem przerósł również i tamtejszych naukowców. Można tylko jeszcze rozważyć teorię, której żaden naukowiec nie chciałby podjąć. Może zdarzyło się, że w owym fantastycznym świecie, w którym spędziły ostatnie lata życia, Bobbie i Betty odkryły moc, która pozwalała im przywołać śmierć samy tylko siłą woli. Ale w jaki sposób udało im się wyzwolić tę moc równocześnie? Odpowiedź może tkwić w dominacji Bobbie nad siostrą. Możliwe, że dominacja ta stała się obezwładniająca w stopniu, który okazał się fatalny. Doktor Reece, szukając odpowiedzi poza stołem sekcyjnym, zasięgnął opinii lekarza, który leczył rodzinę bliźniaczek. Stary wiejski doktor powiedział o swoich udręczonych pacjentkach: - Były jak dwoje ludzi o jednym mózgu. A ten mózg należał do Bobbie." Fragment książki autorstwa Thomas de Jean'a- "Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych". Źródło: http://www.paranormalium.pl/blizniaczki ... tykul.html Co sądzicie o tym przypadku? Czy faktycznie między siostrami wytworzyła się niezwykle silnia nić astralna, która pozwoliła na przejęcie kontaktu jednej z nich?
  6. Oj zgodzę się. Ale ciężko się dziwić, tyle krzywdy ile się tam wydarzyło na przestrzeni wieków ciężko spotkać gdzie indziej...
  7. Swego czasu mieszkałam w Warszawie, w starej, przedwojennej kamienicy na ul. Płużańskiej. Budynek z zewnątrz sprawia wrażenie normalnej, starej budowli. Widać, że swoje przeszedł- poodpadane kawałki cegieł, ledwo trzymające się balkony, kilka okien zabitych deskami czy zasłoniętych dyktą. Już samo wejście jest chwilami nieprzyjemne, jak to w większości starych budynków- klatka jest wąziutka i malutka, zaraz po lewej jest zejście do piwnicy, po prawej schody na parter. Nie dochodzi do niej światło, zasłonięte przez schody prowadzące na pierwsze piętro. W dzień jeszcze jako tako idzie coś zobaczyć, ale wieczorem... osobiście czmychałam tamtędy jak najszybciej Nasze mieszkanie mieściło się na najwyższym, czwartym piętrze. Była to mała, stara kawalerka- zaraz za drzwiami był korytarz kończący się łazienką, pierwsze drzwi po prawej prowadziły do kuchni, drugie do pokoju dziennego- gdzie spaliśmy razem z chłopakiem, był to taki "nasz" pokój(w części kuchni spał lokator ). Nasz pokój był bardzo fajny i klimatyczny, czułam się tam bezpiecznie i spokojnie, nie budził we mnie żadnych większych emocji. Ale korytarz w mieszkaniu... przyznam, że się go bałam. Gdy byłam sama w domu zamykałam się w naszym pokoju i tylko czasem wychodziłam do toalety, która była tuż za drzwiami- ale tylko jak naprawdę musiałam. Bardzo często w korytarzu było słychać szuranie, stukanie i skrobanie. Na początku sądziłam, że to myszy- ale skąd myszy na 4 piętrze kamienicy...? Argument ten też odsunęłam, gdy sprowadziłam tam z poprzedniego mieszkania mojego łownego kota- nigdy nic nie złapał. Na wyżej wspomniane dźwięki reagował tylko wpakowaniem mi się na kolana i patrzeniem na drzwi z rozszerzonymi źrenicami. Kilka razy słyszałam też trzaśnięcie drzwiami wejściowymi, choć były zamknięte na klucz(nie był to lokator, który w tym czasie był w pracy). Wiele razy również ktoś/coś wyraźnie pukało mi w drzwi do pokoju. Mieszkanie było... specyficzne Ciekawa też była piwnica. Wiele razy czułam dreszcze, gdy przechodziłam obok drzwi do niej, a samego wnętrza bałam się jak diabli. Tylko jeden, jedyny raz zeszłam tam prawie sama- bo z psem- po rower. Za drzwiami wejściowymi było kilka schodków prowadzących w dół. Schodziło się nimi do kwadratowego pomieszczenia, z którego odchodziły kolejno drzwi do poszczególnych piwnic. Szłam po rower z duszą na ramieniu, ale pomyślałam, że w razie czego jest moje psisko. Wkroczyłam do naszej piwnicy, stanęłam tyłem do wejścia i zaczęłam odpinać rower. Mój pies stał obok wesoło merdając ogonem, nie wykazując żadnych oznak zaniepokojenia. Nagle, z sekundy na sekundę jego zachowanie diametralnie się zmieniło- podkulił ogon, położył uszy po sobie, schował mi się między nogi cały zjeżony i zaczął głucho, gardłowo warczeć patrząc na drzwi. Gdy się odwróciłam zdążyłam tylko zauważyć znikający z boku drzwi fragment człowieka, a raczej jego brudnej, starej koszuli. Pies po chwili uspokoił się i jak gdyby nigdy nic dalej stał obok, wywalał jęzor i zadowolony merdał ogonem. Starałam się wyjaśnić sobie, że pewnie ktoś zszedł do piwnicy. Szybko złapałam rower i popędziłam na górę... nie myślałam o tym, że w pomieszczeniu przejściowym nikogo nie było, a dźwięku otwieranych drzwi(czego nie da się nie słyszeć, bo zarówno one jak i zamki były bardzo stare i głośno skrzypiały...) nie słyszałam. Dodaję schemat piwnicy: Zielnym krzyżykiem zaznaczyłam miejsce, gdzie była nasza piwnica, niebieskim znikającą postać. O żółtym kole i czerwonym krzyżyku zaraz opowiem Mój chłopak też zainteresował się piwnicą, a konkretnie jednym pomieszczeniem- zakratowaną częścią(na schemacie żółte koło). Wejście nie było po prostu zablokowane, krata była na stałe zespawana z metalową framugą- tak, że nie dało się tam w ogóle wejść. Chyba, że używając disksa. Popytał mieszkańców kamienicy o historię tego miejsca, dlaczego ktoś to zrobił i w jakim celu. Młodsi nie wiedzieli, a starsi tematu unikali. Wreszcie porozmawiał z matką kolegi, który tam mieszkał. Kilkadziesiąt lat temu(mogły to być lata 70-80'te, niestety nie pamiętam dobrze) owa część piwnicy była otwarta, były tam mniejsze komórki na węgiel i drewno dla mieszkańców. Ludzie schodzili tam bardzo często, zwłaszcza w okresie grzewczym. Jednym z mieszkańców była starsza kobieta mieszkająca sama. Jej piwniczka również mieściła się w owym kompleksie. Starsza pani prawdopodobnie zeszła tam po węgiel, być może poślizgnęła się lub miała zawał- nie wiadomo. Fakt faktem, że niestety zmarła, jej ciało leżało w samym przejściu korytarzyka(oznaczone czerwonym X). Dopiero po 2-3 dniach mieszkańcy zauważyli jej brak i zawiadomili policję, przyjechała na miejsce. Drzwi od jej mieszkania były otwarte, samo mieszkanie puste. Któryś z sąsiadów zasugerował, że może starsza kobieta zeszła do piwnicy i coś jej się stało. Policja zeszła na dół i praktycznie od razu zauważyła ciało. Nie wyjaśniono, jakim cudem przez te kilka dni ludzie schodzili do piwnic, korzystali z korytarzyka i nie zauważyli ciała kobiety. Orzeczono, że na pewno leżała cały czas w tym samym miejscu, nie była przenoszona, nie stwierdzono też żadnych śladów świadczących o popełnieniu morderstwa. Ot, po prostu umarła. Od tamtej pory w piwnicy ponoć zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Dźwięki, stukoty, poprzestawiane ciężkie meble, otwarte drzwi, które ktoś wcześniej zamknął na klucz... i wiele innych, o których matka kolegi nie chciała opowiadać. Ludzie zaczęli się bać. Właściciele piwniczek w korytarzu zgodnie zrzekli się dostępu do nich, dogadali o przeniesieniu swoich rzeczy do innych pomieszczeń i korytarz zakratowano w wyżej wspomniany sposób. Taką opowieść usłyszał mój chłopak. Nie jestem w stanie zweryfikować, na ile jest prawdziwa, a na ile to tylko miejsca legenda. Niemniej... nie lubiłam tej piwnicy
  8. Podczepiam się pod pytanie Omikron, również jestem 11-tką
  9. Pierwsza creepypasta mojego autorstwa. Będę wdzięczna za opinie Spacerówka W małym, portowym miasteczku na północy Irlandii życie toczy się powoli. Nie ma pośpiechu, nie ma gonienia za pieniądzem, rzadko kiedy zdarzają się dziwne czy niezwykłe sprawy. Miasteczko mieści się w dolinie otoczonej górami. Jest to niesamowity widok, kiedy kłęby grubych, skumulowanych, ciemnych chmur spływają z owych gór na miasteczko, leniwie i bezgłośnie. Blisko samego centrum miasteczka jest małe, dosyć nowe osiedle niskich, czerwonych domków. Większość z nich nie posiada żadnego ogrodzenia, jednak niektóre otoczone są dosyć wysokim, drewnianym płotem. Między nimi jest 4-5 metrowa ścieżka, zawsze schowana w lekkim mroku, właśnie przez owe płoty. Na tej ścieżce już od wielu miesięcy stoi spacerówka. Nie jest stara ani zniszczona, nie nosi śladów wypadku czy poturbowania- ot, zwykły, dziecięcy, porzucony wózek. Nawet stosunkowo nowy model. Czasem przemieszcza się z miejsca na miejsce, ale nigdy nie przekracza bariery lekkiego mroku panującej w alejce. I niezależnie od tego, z której strony wchodzisz, zawsze stoi tyłem do ciebie tak, że nie widzisz siedzenia. Gdy ją mijasz nigdy nie wiesz, czy tym razem znów okaże się pusta... czy nie. Rozmawiałam z ludźmi. Nikt nie wie, skąd się wzięła ani kto ją porzucił. Nikt nie chce jej zabrać, choć jest w całkiem dobrym stanie. Wiele razy przestawiano ją pod śmietniki, żeby została zabrana. Nie znika. Ciągle pojawia się w alejce. Nikt już nie ryzykuje chodzeniem tamtą alejką po zmierzchu. Spotkałam kilka osób, które zaryzykowały. Młody chłopak mówił, że słyszał cichutki, rześki śmiech dziecka i dźwięk bucików stukających o podstawkę na nogi. Jednak gdy mijał wózek i siedzenie znalazło się w zasięgu jego wzroku- śmiech ucichł. Siedzenie było puste. Starsza kobieta słyszała cichy płacz, który umilkł tak samo jak śmiech. Nie wierzyłam w te opowieści. Chodziłam tamtą drogą, ignorując spacerówkę. Co może mi zrobić porzucony wózek? Chodziłam. Już nie chodzę. Bo inni słyszeli śmiech i płacz. Ale nie widzieli małej, zakrwawionej rączki. W małym, portowym miasteczku na północy Irlandii życie toczy się powoli. Nie ma pośpiechu, nie ma gonienia za pieniądzem, rzadko kiedy zdarzają się dziwne czy niezwykłe sprawy. A raczej tak się wydaje ludziom odwiedzającym miasteczko. Bo miejscowi nie mówią o tym wiele.
  10. Fakt, nie załapałam Ale ja ślepa i głucha jestem, to można mi wybaczyć
  11. Do moich ulubionych należy "Buick 8", "Pokochała Toma Gordona" i zbiór opowiadań "Szkieletowa Załoga". King ma niesamowity talent do wręcz "wsadzania" czytelnika w swoje książki. Pisze w taki sposób, że nie da się nie poczuć na skórze powiewu wiatru, kropel deszczu czy śliny potwora skapującej z sufitu. No nie da się "Biuck 8" wywarł na mnie duże wrażenie. Opis sekcji zwłok nietoperzopodobnego stwora, choć wydawał się być niesamowicie długi- chapnęłam jednym kęsem. Sam świat, który tam przedstawia, choć niby na logikę totalnie nierealny- sprawia wrażenie całkiem normalnego, jakby istniejącego tuż za drzwiami. Niesamowicie podoba mi się, jak King w elementy fantastyczne wplata historię bohaterów, ich myśli, doświadczenia, przeszłość. Bohaterowie potrafią mieć często pozornie normalną osobowość, która w rękach Kinga robi się niesamowicie ciekawa. Ostatnio dorwałam "Joyland"- książka, o której wielu mówi, że obok horroru nawet nie stała. Osobiście w ogóle nie zgadzam się z tym stwierdzeniem- tylko elementy fantastyki i klimatu są tam tak fantastycznie wplecione, że czasami aż niezauważalne dla oka przeciętnego zjadacza książek. No cóż... jestem wielką fanką
  12. Chciałabym poddać się sesji hipnozy regresyjnej dla kobiet, który plik powinnam ściągnąć?
  13. Techron gdyby miała być po polsku lub angielsku bardzo chętnie vCONANv chyba nie napiszę nic nowego, ale postaram się pisać wartościowo Dziękuję wszystkim za miłe przyjęcie!
  14. Zdecydowanie nie do odbicia- nie zamieniłabym mojego na żadnego innego na świecie
  15. Witajcie! Po 6 latach bytności na forum wypada się w końcu przywitać Jestem stosunkowo młodą osobą, matką 2 letniej dziewczynki, dziewczyną rycerza. Zjawiskami paranormalnymi interesuję się praktycznie odkąd pamiętam, zawsze mnie to interesowało i zawsze w jakiś sposób takie rzeczy przyplątywały się do mnie bądź były obok. Ponieważ najbardziej straszne są rzeczy, których nie znamy- staram się każdy interesujący mnie temat zgłębić tak mocno, jak tylko się da, poznać każdy szczegół, każdy wątek i każdą wątpliwość. Sama zdolności parapsychologicznych czy magicznych raczej nie mam, a przynajmniej nic takiego nie zauważyłam u siebie Mam w zanadrzu kilka historii- zarówno moich, jak i zasłyszanych od znajomych- w wolnej chwili spróbuję coś napisać