• Ogłoszenia

    • Ona89

      Zmiana Adresu   18.01.2018

      Witajcie. Nasze forum zjawiskaparanormalne.pl zmienia adres na : www.paranormalne.com.pl Zapraszamy!

Ami

Użytkownik
  • Zawartość

    6
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0 Neutral

O Ami

  • Tytuł
    Newbie
  1. Ciekawy temat.. przypomniał mi kilka szczegółów z czasów "za dzieciaka" o których dawno zapomniałam. Nie mam ogólnie żadnej wiedzy w tej materii, ale z takich dziwnych zachowań (albo raczej przypadków) mogę jedno wymienić. A dotyczy snu, który przyśnił mi się kiedy miałam góra 6 lat a który pamiętam to dzisiaj. Pamiętam, bo był jakby proroczy i zdecydował o moich późniejszych, dziecięcych zainteresowaniach. Śniło mi się, że bawię się samotnie w okolicy jakiegoś starego, drewnianego domku i kopię w piachu łopatką. W pewnym momencie, dokopuję się do czegoś twardego i okazuje się, że jest to aparat fotograficzny. Zaczynam go rozbierać, przyglądać się.. taki stary, radziecki, Smena, czy jakieś inne ustrojstwo. Rzecz w tym, że dosłownie następnego dnia, już na jawie, schodzę pobawić się z siostrą do piwnicy, grzebiemy w starych przedmiotach, bo akurat jest wielkie sprzątanie i... znajduję IDENTYCZNY aparat w stercie nieużywanych przedmiotów! Lecę z tym do taty, pytam co to i skąd to, bo w sumie widzę to naocznie pierwszy raz w życiu, tata mi tłumaczy, że aparat, ja dalej pytam czy w środku, jak się do otworzy, są takie "kwadraciki jeden w drugim ze szkiełkiem na końcu" - tata otwiera i są.. świetnie wiedziałam jak ten aparat jest zbudowany - ZE SNU. Nie mogłam go nigdy widzieć, leżał w tej stercie od bardzo dawna, gdzieś głęboko zakopany no i jak to się stało, że przyśnił mi się dzień wcześniej? Pamiętam, że od tego momentu, uwielbiałam bawić się tym aparatem i innymi, które zaczęłam nawet zbierać. Musiało to być dość traumatyczne dla mnie, skoro do dzisiaj pamiętam i nie mogę się nadziwić, co to było. Nie widzę w tym związków z reinkarnacją, bo się na tym nie znam - ale umysł mam dość otwarty i niczego nie wykluczam.
  2. Dziękuję, awareness.. jakoś tak mi lżej się robi, jakoś tak spokojnie kiedy pomyślę, że są ludzie, którzy naprawdę wierzą i po prostu wiedzą o czym mowa, wykazują zrozumienie, rozeznanie. Ja sama niewiele wiem, nawet jeśli coś wiem - to nie rozumiem - dlatego Bogu (czy Kto tam istnieje) dziękuje za każdego, kto mnie wysłuchał, podpowiedział, potwierdził to w co serce wierzy pełną parą od zawsze, ale rozum nie za bardzo chce wierzyć. Temat chodził mi po głowie od okolic Dnia Wszystkich Świętych i nie dawał spokoju, ot tak, po prostu mi się przypomniało i nie odpuściło, dzień w dzień i noc w noc płacz za nieżyjącą od wielu lat Babcią + miliardy myśli w stylu "po co to wszystko" albo "gdzie ona jest", wpadłam w jakby wtórną żałobę, którą miewam od dzieciaka co jakiś czas. Ale już czuję się lepiej, zaczynam się uspokajać.. wyobrażać sobie, gdzie Ona jest i jak ma tam dobrze... naprawdę mi lżej, dziękuję z całego, ale to całego serca za każde słowo. ))))
  3. A z naszym zegarem nie wiem co się stało... wiem jedynie, że wiele lat - stał nadal w miejscu, śmiało mogę podejrzewać, że nawet jeśli leży teraz gdzieś na śmietniku, został sprzedany (był zabytkowy) albo gdziekolwiek jest, to stoi nadal. Próby nakręcenia/naprawienia były wielokrotne - nie udało się, chociaż dziadka mam złotą rączkę... dziadek żyje, ale nigdy nie pytałam go o to, co z zegarem zrobił - nie wiem czemu, ale nie umiem o to zapytać. Może dlatego, że również ożenił się ponownie a, że jest człowiekiem który nie chce za dużo pamiętać - to podejrzewam, że zegar wyrzucił. ., gdyby się jednak okazało, że zegar został i ruszył - popłakałabym się jak nigdy w życiu.. dla mnie, byłby to właśnie ten ostatecnzy, najbardziej wymowny znak, na który czekam od dziecka...
  4. Dokładnie tak samo odebrałam rozmowę o soli .. , że mowa tu była o tych właśnie „cnotach”.. tak to rozumiałam jako dziecko i tak to po cichu rozumiem i dzisiaj. Babcia była – dla mnie osobiście – wręcz wzorem dobroci, ale niespecjalnie umiała mówić o takich rzeczach jak miłość, pokora, etc. Może dlatego posłużyła się symbolem, który „ktoś” czy coś jej podpowiedziało, jakaś podświadomość, coś czego nie muszę zrozumieć. Szukałam potwierdzenia moich przypuszczeń i zdaje się, że już je mam. Dziękuję awareness.  Zauważyłam też, że człowiek często dopisuje sobie rozmaite historie do zwyczajnych zachowań umierających… i jak ktoś nie powie prosto z mostu „to było zwyczajne umieranie!”, to można w takich ułudach żyć w nieskończoność. Na gwałt szukałam związku tej ostatniej rozmowy ze zjadaniem przez Babcię soli fizycznie, upatrując się w tym (i w tej poprawie też) jakiegoś dziwnego zjawiska. Bo jakoś tak ciężko zrozumieć, że śmierć jest na pierwszym miejscu i w pierwszej kolejności zjawiskiem medycznym, fizycznym, że umierający człowiek też ma organizm, który może czegoś potrzebować, że ten organizm też wyłącza się w jakimś ustalonym trybie. . ciężko to przyjąć, że tak powiem „do serca”,– ale mam ulgę dla rozumu, który głowił się nad tym od lat.. dziękuję Alessandra  I ja też wierzę, że śmierć niczego nie kończy. Może nie jest to dla mnie jeszcze faktem – ale wierzę. Moja babcia zmarła, dała nam w sumie dwa znaki, drugim i ostatnim z nich był sen o którym mówiłam – pierwszym zaś, (o którym rzadko się u nas mówi, bo mało kto wierzy, takie nasze rodzinne tabu) dziwne zatrzymanie zegara w pokoju w którym odeszła. Byłam dzieciakiem, ale pamiętam reakcję dorosłych, zdziwienie i próby wyjaśnienia, dlaczego zegar stanął w godzinie śmierci i już nie chciał ruszyć. Było rozkręcanie, próby naprawy przez dziadka, wiele rozmów na ten temat, które podsłuchiwałam zza ściany.. sama osobiście latami byłam pewna, że to zwykła usterka i przypadek, tak mi to wyjaśniono dla świętego spokoju - do czasu aż podobne sytuacje wyczytałam na podobnym do tego forum.. więc wierzę. .
  5. Czytałam, że ta poprawa przytrafia się dość często - zastanawia mnie jednak, z czego ona wynika.. czy jest to zjawiskiem zwyczajnie medycznym (na zasadzie mobilizacji organizmu do wyłączenia) czy raczej ma już głębszy związek z tym, czego nie znamy (np. z możliwością pożegnania się). Przetrząsnęłam internet i ciągle nie rozumiem jak to się dzieje, że człowiekowi mijają objawy, które z medycznego punktu widzenia minąć nie powinny już do końca... Z tą solą to rzecz dziwna dla nas z dwóch powodów. Bo: Babcia była bardzo dobra, była aniołem - ale była prostym aniołem, nie czytała Biblii, do Kościoła też zbyt często nie chodziła, nie znała żadnych cytatów, mądrości. Słowa o soli, ziemi i życiu - po prostu do Niej nie pasowały.. i druga sprawa, że podobno zanim położyła się do łóżka już na zawsze, zanim całkowicie zatraciła zdolność rozsądnego myślenia (ale już ciężko chorowała): bardzo często prosiła o sól którą zjadała dużymi łyżkami, łapczywie, bez skrzywienia, ze smakiem i bez tłumaczenia dlaczego. Mamy więc dylemat, czy mówiąc o soli która jest życiem mówiła o niej dosłownie (wierząc, że to uzdrawia) czy były to symbole, których znaczenie faktycznie objaśnia nieco Biblia...
  6. Witajcie! Na początek chciałam w razie czego przeprosić – być może nie trafiłam z tym zagadnieniem na właściwe Forum, chodzi mi bowiem o coś co stoi pomiędzy tym co paranormalne a medyczne.. ufam, że może ktoś potrafi mi pomóc zrozumieć... muszę się trochę rozpisać, żeby mniej więcej nakreślić sprawę... mianowicie: 20 lat temu (chodziłam jeszcze do Podstawówki), po ciężkiej i krótkiej chorobie zmarła moja 48 letnia wówczas, ukochana Babcia. Jak wiadomo, choroby nowotworowe nie zabierają człowieka od razu, proces umierania trwa czasem tygodniami – i w tej sytuacji też tak było. W pewnym momencie było oczywistym, że Babcia już nie łapie z nami kontaktu, nie mówi, nie je, nie pije, nawet nie widzi i nie słyszy, że rozpoczął się nieodwracalny proces agonii. Jednak stało się coś tak dziwnego, że chociaż jestem od dawna dorosła, nadal nie wiem co to było i płaczę na samo wspomnienie. Otóż po kilku już tygodniach takiego stanu – babcia nam ozdrowiała… Pewnego dnia normalnie rozmawiała z moją mamą przez telefon, jak gdyby nigdy nic jej nie było, zwyczajnie, jak zawsze! Do dzisiaj pamiętam płacz mamy i krzyki do telefonu: „nie odchodź, proszę Cię!” na co babcia tak zupełnie spokojnie odpowiedzieć miała, że wcale nie zamierza odchodzić, że zawsze będzie z nami…, że teraz będzie już dobrze. Nie da się zapomnieć szczęścia nas wszystkich, takiego irracjonalnego bo przecież rak dosłownie zjadł Babcie całą, nam się po prostu zdawało, że mamy cud, że ona nie umrze, że tego raka już nie ma. Pamiętam, że po tej od dawna wyczekiwanej rozmowie, po niemalże dwóch godzinach okazało się, że była to już ostatnia rozmowa… Babcia zamknęła oczy na zawsze. Całymi latami rozmawiamy o tym zdarzeniu i o tym, co Babcia jeszcze mówiła. Mówiła o tym, że już nic jej nie jest, momentami jakby odpływała twierdząc, że widzi zjawy wchodzące do Niej przez okno, majaczyła coś o soli i życiu – jakby miało to potężne znaczenie (do dzisiaj nie rozgryzłam takich symboli).. po tej dziwnej, nagłej poprawie zmarła w zupełnym spokoju, bez bólu … Minęło tyle lat i nadal nie mogę się pogodzić z myślą, że zarówno my jak i Babcia, ulegliśmy złudzeniu poprawy… cały czas zastanawiam się, czy Babcia naprawdę wierzyła w poprawę? Czy po prostu WIEDZIAŁA, że odejdzie? Czy umierający człowiek wie, że umiera? Nie mogę znieść myśli, że ona tak bardzo mogła się cieszyć z tej poprawy, tak bardzo chcieć być z nami.. i potem umrzeć.. wolałabym wierzyć, że ona się z nami po prostu żegnała… I kompletnie nie wiem po dzień dzisiejszy – skąd ta nagła poprawa, jak to jest możliwe, medycznie, jak? Słyszeliście o tym kiedyś? Ja znalazłam jakieś krótkie posty na innych forach o czymś podobnym, ale nadal nie rozumiem.. nic nie rozumiem.. Na koniec jeszcze dodam, że Babcia po jakimś czasie przyśniła się mamie. Powiedziała, że właśnie idzie na wyższy poziom (?) i, że stamtąd nie będzie już kontaktu… mówiła, że nie płakać, nie tęsknić, że jest jej dobrze. Mnie osobiście nigdy nie dała żadnego znaku, chociaż od dziecka czekałam, prosiłam, płakałam.. po tym śnie, do mamy również już nigdy nie „przyszła”… mówiła, że będzie z Nami – ale nie ma jej …