Alessandra

Mity i Legendy z Twojej okolicy

8 postów w tym temacie

Jak w temacie, znacie jakieś ciekawe opowiadania, legendy dotyczące Waszych rodzinnych stron?

Oto kilka z moich stron:

Kościół z najwyższą wieżą

Na Ziemi Myśliborskiej spotyka się do dziś jeszcze dużą ilość potężnych bloków kamiennych. Są one tak wielkie, że żaden człowiek nie jest w stanie ruszyć taki głaz z miejsca. Porozrzucał je diabeł, dlatego nazywają się "diabelskimi". Na niektórych z nich można jeszcze dostrzec np. odcisk palca lub kopyta tego piekielnego potwora. Koło Morynia nad jeziorem jest kamień, który ma kształt fotela. Diabeł mógł na nim siedzieć przy wędkowaniu lub jeść posiłek. Między innymi taki duży "diabli" kamień znajduje się przy Rościnie. Wzbudza on szczególną ciekawość, gdyż na nim znajduje się jeszcze większy kamień. A było to tak. Diabeł w swojej pysze nie mógł znieść, że na Ziemi Myśliborskiej wznoszono coraz więcej pięknych i dużych kościołów z wysokimi wieżami, które wskazywały kierunek ludzkiego przeznaczenia - niebo, a nie piekło. Kiedy więc w Rościnie, niedużej miejscowości, zaczęto wznosić drugi kościół, diabeł tak się rozsierdził, że postanowił pokazać Bogu swoją wyższość. Stanął więc przed Stwórcą i powiada: - Co tam Twoje kościoły, Panie. Ja w ciągu jednej godziny mogę wybudować kościół i wieżę, której szczyt przewyższy wieże wszystkich kościołów w Myśliborzu i okolicy. Bóg propozycję przyjął i ustalono, że między godziną 23.00 a 24.00 diabeł wybuduje w Rościnie kościół z najwyższą w okolicy wieżą. Gdy zegar na myśliborskim kościele wybił godzinę 23.00, diabeł przystąpił do pracy z wielkim animuszem. Z dalekiej Szwecji, Norwegii i Finlandii w olbrzymim fartuchu znosił kamienie różnej wielkości, poczynając od małych. I tu w swej zarozumiałości popełnił błąd. Wpierw bowiem gromadził małe kamienie, więc budowla rosła powoli, a gdy się zorientował, że szybciej wykończy budowę dużymi kamieniami, to przy ich gromadzeniu męczył się ogromnie i tempo pracy spadło. Kiedy już ostatni kamień wlókł przez Myślibórz, na wieży kościoła farnego wybiła godzina 24.00. Pełen wściekłości pozostawił kamień w Myśliborzu i poleciał na szczyt swojej wieży w Rościnie. Tu wyrywał kamień po kamieniu i rzucał je daleko w okolicę. Toteż do dziś od Rościna aż po Trzcinną, Ławy, Nowogródek i Karsko leżą fragmenty kościoła i wieży z Rościna. Ale przy tej pracy tak się diabeł zmęczył, że gdy chciał ostatnie dwa kamienie wydobyć z fundamentu, zabrakło mu sił. Był tak wyczerpany, że nie mógł się ruszyć z miejsca. Resztkami sił, w rozpaczliwej złości, uderzył swym diabelskim kopytem w ów kamień tak mocno, że jego ślad pozostał aż po dzisiejszy dzień.

tekst z opracowania Henryka Piwowarczyka

O diable i jego czynach

Z piekłem są zawsze połączone straszne opowieści o jego mieszkańcach, czyli diabłach, a zwłaszcza o tym, co oni z ludźmi wyrabiali. Zdarzało się nieraz, że diabeł, wezwany na pomoc lub proszony o jakąś przysługę, w mig wykonywał życzenie. I tak zdarzyło się na przykład w czasie wojny trzydziestoletniej.

Przez Ziemię Myśliborską szedł jeniec wojenny od strony Kostrzyna. Gdy doszedł do Myśliborza i zamieszkał w gospodzie (ówczesnym hotelu) rozchorował się. Obawiał się, by go - złożonego niemocą - nie okradziono, a miał sporo złotych dukatów zrabowanych na Zachodzie. W związku z tym poprosił właścicielkę gospody, która go pielęgnowała w czasie choroby, by przechowała jego wojenny mająteczek. Wręczył jej więc woreczek złotych dukatów, by na czas jego choroby przechowała je w bezpiecznym miejscu. Kobieta przyobiecała solennie, że uczyni wszystko zgodnie z życzeniem chorego. Kiedy żołnierz wyzdrowiał i zamierzał dalej wędrować do swoich rodzinnych stron, poprosił właścicielkę gospody o zwrot swoich pieniędzy. Ta wyraziła zdziwienie i udawała, że nic nie wie o pieniądzach, które rzekomo miała przechować. Ty chyba żartujesz! -wykrzykiwała - Pewnie w czasie choroby w gorączce coś ci się przywidziało - wmawiała. Rozżalony jeniec wpadł w furię i począł wymyślać nieuczciwej kobiecie. Wtedy do akcji wkroczył jej mąż i wyrzucił na ulicę rozsierdzonego żołnierza. Ten, nie dając za wygraną, dobył szabli i chciał ponownie wejść do domu owych niegodziwców, by wymusić zwrot zdeponowanych pieniędzy. Hałas i rwetes obok gospody zwabił ciekawskich sąsiadów, którzy stanęli po stronie złodziejskich gospodarzy. Pojmali więc oszukanego jeńca i zaprowadzili do urzędu miasta. Tam oskarżyli go o to, że nie chciał zapłacić za pobyt w gospodzie i leczenie, a gdy ci się zapłaty dopominali, on groził im szablą. Po takim fałszywym oskarżeniu żołnierz został zamknięty w więzieniu grodzkim. Tam odwiedził go diabeł i obiecał, że go uwolni i spowoduje zwrot jego pieniędzy, jeżeli odda mu swoją dusze. Więzień jednak był człowiekiem pobożnym i wolał umrzeć niż z diabłem zawrzeć układ. Jeszcze kilkakrotnie diabeł nawiedzał więźnia, chwalił jego wytrwałość i pobożność i obiecał, że nawet bez spisania umowy o duszę postara się go uwolnić. Spowodował więc, że jeniec stanął przed miejscowym sądem. Kiedy go oskarżono, on odpowiedział:

- Wysoki sądzie! Ja nigdy nie miałem do czynienia z sądem, więc nie potrafię sam się obronić. Proszę zatem o adwokata.

Wieczorem w celi oskarżonego zjawił się natrętny diabeł, ale nie jako potwór odstraszający, lecz jako przystojny mężczyzna, w niebieskim płaszczu, w czarnym kapeluszu na głowie z białym piórem i zaoferował mu swą pomoc. Więzień pomyślał sobie, że chyba nie zgrzeszy, jeżeli taką ofertę przyjmie. Następnego więc dnia poprosił sędziego, zgodnie z przysługującym mu prawem przesłuchał go przed ławą przysięgłych. Kiedy na sali sądowej trwało przesłuchanie, wszedł mężczyzna w niebieskim płaszczu i czarnym kapeluszu z białym piórem na głowie. Przedstawił się sędziemu jako świadek oskarżonego i opowiedział dokładnie całą historię o zdeponowanych pieniądzach. Wyjawił nawet sądowi miejsce, gdzie były przechowywane ukradzione pieniądze. Skompromitowany i przerażony właściciel gospody próbował krzywoprzysięstwa jako ostatniej deski ratunku. Przysięgę swoją zakończył następująco:

- Jeżeli my pieniądze ukradliśmy i je przechowujemy, to ja mogę tu zaraz diabła sprowadzić, niech mnie żywcem porwie. Gdy tylko dopowiedział ostatni wyraz, natychmiast doskoczył do niego "zły" w niebieskim płaszczu i czarnym kapeluszu z białym piórem, uniósł krzywoprzysięzcę w powietrze i śmiejąc się szatańsko odleciał z nim do piekła.

Wieść rozeszła się po całym mieście i okolicy. Gospodę omijano z daleka. Przewrotna gospodyni opuściła miasto, a karczma popadła w ruinę, której nikt już nie odbudował.

Panny jeziorne

W licznych akwenach Pojezierza Myśliborskiego żyły ongiś istoty, które posiadały kształt kobiety i ryby. Górną część stanowiła postać kobiety, a więc głowa z bujnym, rozwianym, złotym włosem, kształtne piersi i delikatne ręce. Zaś od połowy brzucha w dół - postać ryby. Mieszkańcy nazywali je "pannami jeziornymi". One też dybały często na życie ludzkie. Najchciwsze były na młodych, dorodnych chłopaków, kawalerów. Jeśli młodzieniec szedł koło wody, to wyłaniały z wody swe piękne, nagie, kobiece ciało i wdzięczyły się, wabiły pięknymi śpiewami. Kawaler zapatrzony w panieńskie wdzięki i uroczy śpiew, zachęcające i wielce obiecujące gesty rąk, wchodził do wody, pragnąc zażywać z nimi obiecywanych rozkoszy. Już, już miał uchwycić "pannę" za rączkę, by ją do siebie przygarnąć, gdy ta figlarnie oddalała się nieco. Zauroczony młodzieniec brnął dalej, aż tracił grunt pod nogami i powoli tonął. Wtedy wszystkie syreny klaskały radośnie w dłonie. W Myśliborzu "panny wodne" widywano ponoć najczęściej w pobliżu dzisiejszego amfiteatru. Ale i na nie ludzie znaleźli sposób. Otóż, by panny wodne nie wabiły i nie uśmiercały młodzieńców, należało w pierwszy dzień lata ofiarować im dziecko urodzone w niedzielę. Mogła to być dziewczynka lub chłopiec. Zatroskani ludziska czynili więc takie ofiary z ludzkiego życia, by ratować przed zgubą swych dorosłych synów. Ponoć w noc świętojańską, będąc na pełnym jeziorze można jeszcze i dziś usłyszeć wabiące śpiewy jeziornych panien.

Zjawy

Ludziom, którzy wędrowali samotnie bądź w kilku, różne zjawy się ukazywały po to, by ich w błąd wprowadzić, nastraszyć bądź mocno udręczyć. Owe zjawy przybierały różne postacie: ludzkie lub zwierzęce.

Zdarzyło się, że pewien gospodarz z Głazowa jechał razem ze swoimi krewnymi z wesela. Wóz pełen rozbawionych ludzi. Śmiechy, pokrzykiwania, śpiewy... Noc jaśniutka od księżyca, droga prosta i ubita jak klepisko. Koniska, umordowane, wlokły się noga za nogą, ale weselnym nie śpieszyło się. Woźnica nawet ich nie popędzał. Naraz konie stanęły. Śmignięte batem raz i drugi - ani drgnęły. Woźnica schodzi wiec z wozu, idzie przed konie, patrzy... swoim oczom nie wierzy. Oto prosiak przebiega drogą tam i z powrotem. Wreszcie po dość długim czasie zginał. Teraz konie pokłusowały bez odpoczynku aż do Głazowa. Kiedy owi weselnicy następnego dnia opowiadali swoje przeżycie, wielu gospodarzy potwierdzało, że im też się to przytrafiło.

Jeszcze bardziej nieprzyjemna okoliczność spotkała również woźnego ze szkoły w Golenicach, który był jednocześnie zakrystianem w golenickim kościele. Pewnego razu wieczorem wybrał się on do Kierzkowa w celach handlowych. Kilku znajomym obiecał przynieść szare mydło. Kiedy znajdował się już niedaleko Kierzkowa, na skrzyżowaniu dróg pojawił się mężczyzna, który zastąpił mu drogę. Woźny, człek spokojny, najpierw prosił owego mężczyznę, aby zszedł mu z drogi. Ale tamten ani myślał ustąpić. Doszło więc do bijatyki. Trwała ta bitwa aż do rana. Zakrystianin już tak zesłabł, że nie mógł złapać oddechu, wszystko w nim drgało, ręki już nie mógł podnieść. Myślał wiec sobie: "Z tamtym też nie musi być lepiej, może wreszcie ustąpi." Rzeczywiście, poczuł jak gdyby już nie człowieka bił, ale powietrze. Stanął tedy, obtarł pot z twarzy i oczu, żeby lepiej widzieć, patrzy, cofa się w tył i kręci głową. Żadnego chłopa przed nim nie ma, tylko stara wierzba, którą znał od wielu lat. Teraz co niższe gałęzie miała połamane, a cały pień był pokrwawiony i to jego własną krwią. Ręce miał poobijane i poranione. Czuł, że i twarz ma podrapaną, bo skóra swędziała go i piekła. Zadumał się zatem, gdyż przypomniało mu się to wszystko, co ludzie o tym miejscu opowiadali. Więc ile sił w nogach pobiegł do Kierzkowa.

Koło Myśliborza też pojawiała się zjawa. Pewien mężczyzna w roku 1870 wybrał się z Myśliborza do Rościna. Ponieważ odległość to niezbyt duża, wyszedł wczesnym wieczorem. Gdy zjawił się na rozwidleniu dróg, zauważył, że idzie za nim pies. Ale nie był to zwyczajny pies. Z jego oczu buchały płomyki jakby palącej się siarki. Zresztą i zapach siarki dało się wyczuć. Mężczyznę zdjął paniczny strach. Począł więc biec. "Pies" też. Gdy się zatrzymał, "pies" również się zatrzymał. Modląc się w duchu, biegiem dopadł do Rościna. Był tak wyczerpany, że znajomi leczyli go przeszło tydzień, nim odzyskał siły.

Pewien myśliwy ze Stawu opowiadał prawie szeptem: Wybraliśmy się z kolegą na polowanie. Idziemy... A tu w młodej pszenicy, w bruździe, siedzą dwa zające. Mówię więc do kolegi: "No, jeden to na pewno będzie nasz". Złożyłem się, było blisko... Pociągnąłem za cyngiel, klapło tylko, kabzla nie zapaliła. A zające siedzą. Zakładam nową kabzlę, mierzę, a tu jeden zając podnosi głowę i patrzy na mnie, jakby czekał na śmierć. Spuszczam drugi raz - znowu tylko klapło. Teraz podsypałem nowego prochu, złożyłem nowiutką kabzlę, pociągnąłem... Jak nie huknie! Patrzę, z zająca prawie same kawałki. Ale koledze powiedziałem: "Idź i weź go", a sam zabrałem się do nabijania fuzji. A tutaj kolega krzyczy co sil: "Popatrz, zając zbiera się do kupy!" Podbiegłem, kilkanaście kroków zaledwie było, patrzę... Oczom nie wierzę. Kawałki zająca zaczęły podskakiwać i uciekać. W bruździe zostały tylko zadnie nogi, a i te poczęły nagle biec za tamtym. Zgniewało mnie to, więc mówię koledze: "Chwyć te łapy i dobij to-to". Rzeczywiście kolega złapał same skoki i wio za tamtym. Ja też pomagałem w gonitwie. Kiedy koledze spod rąk tamto uskoczyło, ze złości cisnął za nim nogami. Wtedy te nogi doskoczyły do reszty i poszło wszystko razem. A to był "zły". Takiemu nic nie zrobi żeby go na kawałki posiekał.

tekst z opracowania Henryka

Kobold w myśliborskim młynie

Wśród mieszkańców dawnego Myśliborza krążyły różne opowieści o dziwnych stworach, zjawach, strachach, złych duchach, czarownicach, a także o skrzatach i krasnoludkach. Dużo opowieści traktuje o tzw. koboldach. Były to ludzkie miniaturki, mające w sobie coś z krasnoludka i coś ze skrzata. Małe, prawie niewidoczne, a jednak bardzo silne i lubiące dobrze i dużo zjeść. Życzliwie traktowane przez ludzi, odwdzięczały się przeróżnymi i wymyślnymi często posługami. Ale, gdy je lekceważono bądź im dokuczano, potrafiły wyrządzić wiele dotkliwych i równie wymyślnych szkód.

Pewnego księżycowego wieczora do myśliborskiego młyna zakołatali dwaj wędrowcy. Ponieważ pora była już późna, a podróżni wyglądali na zmęczonych, młynarz ulitował się nad nimi i przyjął ich na nocleg. Z wyrazami wdzięczności podążali za młynarzem, który przyprowadził ich do pomieszczenia, gdzie mieli przenocować. Ku ich zdziwieniu zastali tutaj schludnie nakryty stół, a na nim sporo jadła i napitku. Wyglądało na to, jak gdyby gospodarz spodziewał się gości. Młynarz, widząc ich zdziwienie, wyjaśnił, że obficie zaopatrzony stół przygotowany jest dla kobolda, który zjawia się w młynie każdej nocy, a podjadłszy sobie, robi generalne porządki. Na rano jest tak czysto, że nawet kilku służących nie potrafiłoby tego dokonać w ciągu nocy. I długo jeszcze opowiadał o różnych przysługach kobolda, aż goście posnęli. Jednak jeden z nich tylko udawał, że zasypia, gdyż nęcił go obficie zastawiony stół. Toteż gdy młynarz, widząc ich śpiących, udał się również na odpoczynek do pomieszczenia w dość odległej części młyna, ten wstał, a upewniwszy się, że młynarz już śpi, zabrał się do konsumowania tego, co było przygotowane dla kobolda. A czynił to z wyjątkowym apetytem graniczącym z zachłannością, czego efektem stał się pusty stół. Po czym niewdzięczny gość pogrążył się w głębokim śnie. O zwykłej zaś porze wszedł do pokoju kobold i zobaczywszy pusty stół, począł głośno wyrażać swoje rozczarowanie i niezadowolenie. Wędrowcy, przebudziwszy się. zaczęli na przemian besztać go niewybrednym słownictwem. Zaś jeden z nich (który zjadł poczęstunek kobolda) udał wielkie oburzenie i uderzył nawet maluszka w twarz. Wielce zasmucił się tak sponiewierany kobold i nie wykonawszy tym razem swojej codziennej pracy opuścił młyn i już nigdy do niego nie wrócił. Z nastaniem ranka wędrowcy bez ociągania się wesoło poszli swoją drogą. Zaś młynarz już na zawsze utracił swego wspaniałego pomocnika.

Jak kapliczka jerozolimska uratowała Myślibórz

W 1636 roku do Lipian przybył znaczny oddział kawalerii wojsk cesarskich czyli katolickich. Otrzymał on rozkaz eskorty siostry cesarza na jej ślub. Po wykonaniu rozkazu miał połączyć się z głównymi siłami dowodzonymi przez naczelnego wodza Gallusa. Paląc, grabiąc i mordując wracali przez Myślibórz do Schwedt nad Odrą.

Przejeżdżając obok kapliczki jerozolimskiej żołnierze sądzili, że znajdują się w kraju katolickim (gdyby wiedzieli , że jest inaczej prawdopodobnie puściliby Myślibórz z dymem). Oddziałem dowodził żołnierz wyróżniający się swoim grubiańskim zachowaniem, pogardą dla wszelkich wartości i świętości oraz bluźnierczymi przekleństwami. Można powiedzieć o nim, że był jawnogrzesznikiem. Gdy spostrzegł kapliczkę z ukrzyżowanym Zbawicielem, zboczył z drogi, wyciągnął długi pistolet i z bluźnierstwem na ustach wystrzelił w kierunku krucyfiksu. Koń spłoszony stanął dęba i z wielką siłą wyrzucił z siodła jeźdźca. Żołnierz spadł głową w dół, ponosząc śmierć na miejscu. Postać ukrzyżowanego Chrystusa pozostała nietknięta. Jego kamraci, będąc świadkami tego wydarzenia uznali, że dokonał się "sąd Boży" nad grzesznikiem i w popłochu uciekli z tego miejsca. Myślibórz został uratowany.

Legenda o sierotce Gertrudzie

Wrzesień tego roku był ponury i dżdżysty. Liście drzew wprawdzie prześcigały się w przybieraniu coraz to jaskrawszych kolorów i ciekawych wzorów, lecz jak wszystko wokół tonęły w strużkach zimnego deszczu i w błocie.

Mimo tak paskudnej pogody duktem wśród lasów wędrowała sierotka. Na imię dała jej matula Gerda. Sierotka szła opatulona w ciepłą, choć nieco zdartą chustę, którą trzy dni wcześniej szczęśliwie znalazła przy drodze. Szła i myślała o swej przeszłości. - Ech, gdyby matula żyła. Źle by ze mną nie miała. Ja na racach bym ją nosiła. W piecu paliła. Strawę bym jej gotowała. W domu posprzątała. - myślała sobie biedna Gerda. Niestety, matula zmarła jej z osiem zim wcześniej. Gerda prawie jej nie pamiętała

Tylko ta melodia... Ta, co to ją mamusia do snu nuciła. Melodia, której Gerda nigdy nie zapomni...

- Aaa... Aaaaa... Aaaaaaaaa... - nuciła dziewczynka, pochlipując cicho. Tatko... też był kochany. Starał się zawsze znaleźć czas dla swej córeczki. Z myślą o niej poszukał sobie drugiej żony. Macocha jednak nie była dla Gerdy dobra. Miała swoje dzieci, które kochała o wiele mocniej i które, rozpieszczane przez matkę, nigdy nic nie robiły, wysługując się tylko Gerdą.

- Gerda! Ty leniu obrzydliwy! - krzyczała macocha - nie widzisz, że drewna już brakło? Pochorujemy się tu przez ciebie i poumieramy, jak Twoja matka!

I Gerda szła w deszcz, czy śnieg, dzień, czy noc do drewutni, nanosić drewna do domu. A inne dzieci śmiały się i drwiły z niej. Tatko tylko przytulał ją, głaskał po głowie i... nie odzywał się. I on czule wspominał swą pierwszą żonę.

Ech... Sieroca dola. Latem tego roku i Tatkę zabrał Pan Bóg. Teraz pewnie razem z mamą śpiewają w anielskich chórach. A biedna sierotka? Macocha wpierw przegoniła ją do drewutni, żeby tam spała. Potem... stwierdziła, że szkoda dla niej strawy i przegnała "darmozjada". I tak zaczął się tułaczy los dziewczynki.

Droga wiła się przez las i ciągnęła niemiłosiernie. Sporo czasu straciła sierotka siedząc pod drzewem, by przeczekać największy deszcz. Teraz spieszyła się bardzo i co chwila wypatrywała końca lasu, bo znak to by był, że do grodu niedaleko. Tak mówili jej ludzie, co to pozwolili przespać się tej nocy na sianie.

- Prosto drogą, aż do rozstajów. Tam w prawo... - podniosła rękę, żeby się przeżegnać i upewnić, która to prawa - i prosto, hen w las. Jak się las skończy, to za wzgórzem już będzie widać Sołdzin.

Gerda po kilku tygodniach tułaczki bez celu postanowiła iść do Sołdzina. Brandenburczycy, co zajęli przed laty te ziemie, postanowili tam ponoć wielkie miasto wybudować i stolicą je obrać. Budowa miasta ponoć się posuwa w niesamowitym tempie. Może i dla biednej sieroty znajdzie się tam jakaś robota i kawałek dachu nad głową...

- Żeby tylko zdążyć przed zmrokiem. Aż straszno pomyśleć, że w tym lesie miałabym zostać na noc. Jakiś diabeł, płanetnik, czy kto wie co jeszcze z pewnością napadłby biedną sierotę.

A słońce już dawno stoczyło się z wyżyn, ku zachodowi. Przynajmniej tak można było przypuszczać, bo słońca nikt, a sierotka na pewno, nie widział od kilku dni. Tylko deszcz i deszcz... Nareszcie. Zajaśniało na końcu drogi.

- Czy to już koniec lasu, czy tylko jakaś polana? - Zatrwożyła się sierotka swej myśli

Podbiegła. Na szczęście to koniec lasu. Nie było jednak widać jeszcze grodu. - Pewnie za tą górką już zobaczę Sołdzin.

I rzeczywiście. Droga wspinała się na górkę, z której roztaczał się piękny, choć dziwny nieco widok. Gertruda aż krzyknęła z radości. Przed nią, pomiędzy dwoma jeziorami, wznosił się warowny gród... Na niewysokim wzgórzu wybudowany był kościół, a wokół niego nieco znacznych domostw, otoczonych wspólnie wysokim wałem usypanym z ziemi, a wzmocnionym kołkami. Poniżej, opadając w stronę wielkiego jeziora, ciągnęło się podgrodzie. Bezładnie pobudowane drewniane chałupy rybaków i rzemieślników z podgrodzia otoczone były palisadą, a dodatkowo bronione przed złymi ludźmi i zwierzętami przez brzeg jeziora i wypływającą z niego rzeczkę. Nie to jednak nadawało widokowi niesamowitości.

Oto wokół całego grodu wytyczono wielkie koło, oparte z jednej strony o brzeg rzeki, które powoli wznosiło się kamiennym murem ku niebu. Mur nie był jeszcze wysoki, ale w niektórych miejscach już zaczynał przerastać drzewa, rosnące nieopodal niego. W trzech miejscach budowano wielkie bramy. Jedna z nich wznosiła się w miejscu, gdzie droga, którą szła Gerda, znikała między murami. Gertruda pobiegła co sił w nogach. Za jeziorem dostrzegła na czerwono zabarwione chmury. - To znak, że już zmierzcha. Zaraz zamkną bramy i nie zdążę wejść do miasta... - pomyślała.

Minęła będącą najwyraźniej wciąż w trakcie budowy murowaną z równych, czerwonych kamieni bramę, której jeszcze nikt nie pilnował i podbiegła do starej, drewnianej bramy grodu, wchłoniętego przez budujące się miasto. Brama była już zamknięta...

- Panie strażniku! - krzyknęła z całych sił Gerda w stronę wąsistego jegomościa stojącego na wieży obserwacyjnej. - Otwórzcie, proszą was, wpuśćcie biedną sierotę. Co ja tu sama zrobię? Źli ludzie napadną. albo diabeł jaki. Kto mnie wtedy obroni?

- Idź precz dziewczyno! - odkrzyknął groźnie strażnik. - Otwieramy jutro rano. Wtedy sobie wejdziesz do grodu. Teraz już za późno.

I poszła przestraszona dziewczynka od bramy, by rozejrzeć się za jakimś miejscem na nocleg. W obrębie nowo budowanych murów nie było żadnego drzewa, pod którym mogłaby się schronić przed deszczem, który znów się rozpadał. Przed ceglaną bramą jednak widziała rosnące przy drodze dwa buki. Tam też skierowała swe kroki. - Ot, sieroca dola. Dobre i to. Resztki liści na gałęziach ochronią mnie przed deszczem. Świeże liście, które wiatr już postrącał będą mym posłaniem, a ten oto kamień - poduszką. - powiedziała do siebie Gertruda i zasnęła...

Nagle, w samym środku ciemnej nocy... Sen to, czy zjawa? Jakiś blask, jakiś mężczyzna w lśniącej, długiej białej szacie podchodzi do sierotki. Gertruda usiadła i przetarła oczy. Nie, nie wydawało jej się. To nie sen. To naprawdę... Mężczyzna podszedł bliżej i odezwał się spokojnym głosem.

- Nie lękaj się Gerdo. Nie stanie ci się krzywda. Modlitwy twoich rodziców i twa dobroć sprawiły, że przyszedłem cię obdarować. Spójrz na ten kamień. Ten, na którym wsparłaś głową do snu. Pod nim ukryłem dla ciebie garniec złotych monet. Jeśli je odkopiesz, żyć będziesz w dostatku do końca życia. Pamiętaj jednak, by pozostać zawsze taką pracowitą i dobrą dziewczynką, jak do tej pory. W innym przypadku skarb zniknie.

- Dobrze panie, ale kim jesteś? Mężczyzna uśmiechnął się, podniósł prawą rękę do góry i... zniknął. Nie zniknął jednak blask. Po chwili pojawiły się wokół drzew dziesiątki aniołów, śpiewając " Alleluja, Alleluja... " A wśród nich Gerda zobaczyła i mamusię i tatusia, uśmiechających się wesoło. Takich młodych... Po chwili zapadła ciemność. Gertruda długo myślała o tym, co zobaczyła. Już nie mogła zasnąć. Jeśli to był sen, to czemu nie śpi. A jeśli prawda? Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Kamień, pod którym miał być ukryty skarb był zbyt duży, żeby sama mogła go ruszyć. Co robić... Gdy nastał ranek Gerda ruszyła w stronę bram grodu. Strażnik wyglądał jakoś inaczej. A może to był inny... Dziewczynka weszła przez bramę nie zaczepiana przez nikogo. Szła uliczką wśród drewnianych domów, aż dotarła do głównego placu, na którym rozłożyły się kolorowe kramy. Wszystko tam można było kupić... Ubrania, buty, chusty, drewniane łyżki, garnki lepione z gliny, a nawet zrobione z metalu, jedzenie... No właśnie. Gerda przypomniała sobie, że od dwóch dni nic nie jadła, poza odrobiną przypalonej kaszy, którą wczoraj rano gospodyni, u której spała wysypała psu. Zatrzymała się przed stoiskiem z chlebem. Przeróżne tam były smakołyki. Chleb duży i mniejszy, i kogutki zrobione z ciasta chlebowego. Różności. Dziewczynka patrząc na to wszystko przełykała ślinę...

- A czyja ty jesteś dziewczyno? - zagadnęła do niej tęga kobieta, sprzedająca pieczywo. - Nie znam cię. Ty z Sołdzina?

- Nie, dobra pani. - odpowiedziała sierotka. - Jestem sierotą, nazywają mnie Gerda. Dopiero dziś przyszłam do tego grodu i szukam pracy.

- Pracy? - zaśmiała się kobieta. - A co ty chudzino potrafisz zrobić?

- A w gospodarstwie i w domu to wszystko... I w piecu napalić, i drzewa urąbać, strawę ugotować, przypilnować dzieci.

- Dobra... Przyjmę cię na parę dni, na próbę. Dostaniesz kąt do spania i miskę jadła. Jak udowodnisz, ze robotna jesteś, to zostaniesz, jak nie... to przegonię.

- Kobieta groźnie machnęła ręką gdzieś w dal. - Teraz siadaj tu, na zydlu. Masz, zjedz coś, bo ci oczy pękną jak tak się będziesz gapiła... - podała jej kawał chleba. - Za jakiś czas przyjdzie tu Franek. Zaprowadzi cię do naszego domu. Posprzątaj tam. Potem, jak wrócę, pogadamy. Gerda usiadła, szczęśliwa, nic nie mówiąc. Łapczywie zjadła chleb i poczęła się rozglądać ciekawie dookoła. Gdy słońce stało już wysoko na niebie (a pokazało się nieco tego dnia) przyszedł Franek - syn piekarza i kobiety, która przyjęła Gerdę na służbę. Zaprowadził ją do domu na podgrodziu, opowiadając po drodze o rozbudowie Sołdzina.

- Tu ma być droga, wzdłuż której będzie się budować domy - może i z kamienia, albo z cegieł. Tam ma stanąć zamek dla Margrabiego. To Pan tych okolic. Tam, gdzie teraz targ, tam będzie ratusz, a domy dookoła będą wyburzone i będzie wielki plac - rynek.

Gertruda przysłuchiwała się z ciekawością słowom Franka. Cieszyła się, ze tak dobrze zaczął się jej dzień w Sołdzinie. O nocnym spotkaniu z dziwnym panem wolała nikomu nie mówić. Kiedyś sprawdzi, co jest pod głazem...

Kilka lat później Gertruda wciąż mieszkała u piekarzy w Sołdzinie. Wyrosła na piękną i pracowitą dziewczynę. Od początku zaprzyjaźniła się z Frankiem, który teraz, jako czeladnik u swego ojca, pracował w piekarni. Teraz, gdy została jego żoną, doszła do wniosku, że czas z kimś się podzielić tajemniczym spotkaniem. Zaprowadziła Franka za mury miasta, pod dwa rozłożyste buki i opowiedziała o blasku, który zobaczyła w środku nocy, o mężczyźnie w białych szatach, o jego słowach i o aniołach.

- A nie pomyślałaś, że to był sam Pan Jezus? - spytał Franek

- Pomyślałam, - odparła Gertruda. - ale mi, biednej sierocie miałby się Bóg ukazywać. Wolałam nawet o tym nie myśleć. Zresztą, nie wiem, czy to był sen, czy jawa.

- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

Franek nie czekał długo. Zawsze prędko przechodził od słów do czynów. Skrzyknął dwóch parobków, którzy pracowali w piekarni jego ojca. Odsunęli wielki kamień, chwycił łopatę... Już po trzech machnięciach coś zgrzytnęło.

- To jakiś garnek - krzyknął do żony. A w garnku... pełno złotych monet. Gerda i Franek długo myśleli, co z tymi pieniędzmi zrobić. W końcu mieli co jeść, mieli gdzie mieszkać.

- Postawimy, tam pod bukami, kaplicę. -powiedziała Gertruda. - Skoro pieniądze te od Boga pochodzą, to niech jemu służą. A jak zostanie, to i szpitalik dla ciężko chorych i potrzebujących obok stanie. Franek zgodził się z ukochaną żoną. I tak oto powstała kaplica, stojąca za murami Sołdzina, który dziś Myśliborzem się zwie. Jeszcze za życia miejscowi nazywali Gertrudę świętą. Toteż, po jej śmierci, kaplicę nazwali imieniem jej patronki - świętej Gertrudy.

Na podstawie znanej legendy o powstaniu myśliborskiej kaplicy św. Gertrudy ...

Rafał Topolski

Legenda Kaplicy św. Gertrudy

Pewnego dnia ludzie przybywający do miasta (Myśliborza) z różnych okolic znaleźli za Bramą Nowogródzką zagubione dziecko płci żeńskiej, mogące liczyć około sześciu lat. Dziewczynka nie potrafiła nic opowiedzieć o swoich rodzicach, ani nawet podać swojego imienia. Przygarnięta przez dobrych ludzi, którzy traktowali ją jak własne dziecko, dziewczynka wyrastając chętnie spędzała czas z rówieśnikami na zabawach i dziecięcych swawolach. Najchętniej jednak pasła gęsi poza murami miasta. Pasąc gęsi całymi dniami siedziała w bujnej zielonej trawie, obserwowała błękit nieba, snujące się wysoko obłoki, białe chmurki i marzyła...marzyła... Pewnego razu oparłszy głowę na dużym kamieniu, dziewczynka zasnęła głębokim snem. Śniło się jej, że pod kamieniem, na którym spoczywa jej głowa, znajduje się skarb. Po obudzeniu się z wielkim trudem usunęła kamień i przyniesioną z domu łopatą zaczęła kopać ziemię w miejscu, na którym znajdował się odsunięty głaz. Wkrótce wydobyła z ziemi dużą szkatułę napełnioną złotymi i srebrnymi starymi monetami oraz szlachetnymi kamieniami. Gdy dorosła, z wdzięczności dla upamiętnienia tego wydarzenia, w miejscu, na którym znalazła skarb wybudowała kaplicę pod wezwaniem św. Gertrudy.Dlatego pod tym imieniem, ponieważ dziewczynka znaleziona została w dniu Gertrudy, a przybrani rodzice nadali jej takie właśnie imię, gdyż nie była w stanie podać swego właściwego imienia, które bez wątpienia posiadała

Żródło: http://docs6.chomikuj.pl/122058528,0,1, ... -dok-5.doc

1 osoba lubi to

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zapewne baśni o duchach, babciowych widzeń itp pojawi się tu sporo, więc ja pozwole sobie przypomniec jeden z bardziej znanych mitów mojego miasta, czyli Józefa Tkaczuka. Kim był chyba nie ma sensu tłumaczyć, jego fenomen zupełnie nieźle wyjasnił profesor Sulma w "Antropologii codzienności", którą to serdecznie polecam.

Pozdrawiam

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Dawno , dawno temu a działo się to w zamierzchłych czasach kiedy to tereny naszej gminy Kętrzyn oraz sąsiedniej gminy Mrągowo porośnięte były gęstą i dziką puszczą , żył wielki i bardzo agresywny niedźwiedź . Niedźwiedź ów tyranizował okolicznych mieszkańców , porywał kobiety i dzieci siejąc postrach w całej okolicy . Władcy tych ziem nie mogąc sobie poradzić z tak wielkim problemem po wielu nieudanych próbach pozbycia się „bestii” postanowili wyznaczyć nagrodę dla śmiałka który odważy się z tym uporać .Mijały dni , tygodnie , miesiące ale chętnych wciąż brakowało .Aż pewnego dnia pewien młody wieśniak z Mrągowa wpadł na genialny pomysł , wymyślił specjalną miksturę złożoną z miodu i stuprocentowego spirytusu i niepostrzeżenie podrzucił nieopodal legowiska niedźwiedzia w nadziei że ten ją najdzie . Niedźwiedź wyczuł miód i gdy odnalazł ów trunek od razu wszystko wypił .Po wypiciu owej mikstury zapadł w głęboki sen. W ten oto sposób młodzieniec pokonał groźnego niedźwiedzia, ale że niedźwiedź ów był bardzo wielki i ciężki wieśniak obciął mu jedną z łap na dowód że to on go pokonał i aby odebrać swoją nagrodę .W tym samym czasie zabitego niedźwiedzia z odciętą jedną łapą znalazła wędrująca po puszczy grupka wieśniaków z Kętrzyna .Postanowili oni że zaciągną niedźwiedzia i ogłoszą że to oni pokonali „bestię” przywłaszczając sobie obiecaną nagrodę. Na pamiątkę tych czasów i tego zdarzenia w herbie Mrągowa widnieje łapa niedźwiedzia zaś w herbie Kętrzyna niedźwiedź z odciętą jedną z łap. Z tego oto powodu mikstura owego wieśniaka znana jest dzisiaj przez okolicznych mieszkańców jako „pogromca niedźwiedzi”.

Kętrzyn, moje miatseczko ma w herbie właśnie wielkiego niedźwiedzia między świerkami

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

LEGENDA O UPIORNYM DUCHU RYCERZA ARNOLDA

W budynku głównym dzisiejszego Myśliborskiego Ośrodka Kultury (obecnie zajętym w większości przez salę widowiskową) znajdował się kiedyś, pochodzący z XIII wieku, dominikański kościół przyklasztorny.

W podziemiach tego kościoła, jak w każdym średniowiecznym kościele, zbudowano krypty, w których pochowanych zostało wielu dawnych mieszkańców Myśliborza. Były to często osoby bardzo zamożne ze szlacheckim rodowodem. Byli to w dużej części książęta, rycerze, księża i zakonnicy. Wśród nich pochowano tu średniowiecznego, słynnego z krwawych rzezi rycerza, których dopuszczał się nie tylko na polach bitewnych, o imieniu ARNOLD, (przechrzczony później na Woja Myślibora).

W przerwach pomiędzy zagranicznymi wyprawami Arnold dodatkowo pilnował myśliborskich dróg. Prawie codziennie, z wielką przyjemnością wymierzał na prawo i lewo, w sobie tylko sposób rozumianą sprawiedliwość, rżnąc niemiłosiernie i łupiąc na myśliborskich drogach skorumpowanych rajców miejskich, wszelkiej maści rozbójników, złodziei i bandytów zwłaszcza tych, którzy nie respektowali modlitw składanych przez wędrowców na tysiącletnim rozstaju dróg, przed świętym Krucyfiksem z Kapliczki Jerozolimskiej w Myśliborzu (dawniej Soldin).

Nikt nie wie o tym, że wiele wypadków drogowych, jakie miały i mają miejsce na terenie Nowej Marchii Brandenburskiej (od 1945 r. Ziemi Myśliborskiej) to robota, mszczącego się jeszcze dzisiaj, zwłaszcza na tzw. „zasłużonych dla Ziemi Myśliborskiej” zarażonych od lat jakąś „marx-ruską” chorobą, ale także na pospolitych pijakach i złodziejach, Arnolda!

W ciągu wieków, w wyniku wielu pożarów i innych kataklizmów, kościół ten kilkakrotnie ulegał zniszczeniu. Z całych zabudowań klasztornych, które tworzyły zamknięty kwadrat, do dnia dzisiejszego zachowały się, lub zostały odbudowane, tylko dwie jego części - północna (obecnie MOK) i zachodnia (Biblioteka Publiczna).

O pochowanych tu w dawnych czasach zmarłych, wielu współczesnych użytkowników tych pomieszczeń całkowicie zapomniała. Nikt nie czci ich pamięci. Zamiast tego od wielu lat, organizuje się tu przeróżne imprezy rozrywkowe o mniej lub bardziej swawolnym charakterze.

Oburzony tym Rycerz Arnold, upiorny duch średniowiecznego klasztoru (obecnie Woj Myślibor) nie został obojętny na takie bezeceństwa. Od czasu do czasu wstaje z grobu i udaje się „na wycieczkę” po rozległym budynku MOK (do Biblioteki nie zagląda) w poszukiwaniu spóźnionych balangowiczów, którzy zbyt głośno i natarczywie naruszają spokój tego, od wieków świętego miejsca. Wielu uczestników organizowanych tu imprez, zwłaszcza tych, którzy ośmielili bawić się w budynku byłego kościoła do późnej nocy, miało wątpliwą przyjemność spotkać się z wędrującą po piętrach, upiorną postacią Rycerza Arnolda. Po takim spotkaniu nikt z nich, za żadne skarby nie chciał, po żadnej imprezie zostać dłużej w budynku MOK, zwłaszcza po północy. Widok białej, zakrwawionej postaci Rycerza Arnolda przeraził ich do tego stopnia, że nie chcą nawet wspominać tego, co widzieli. Na samo imię Rycerza bledną ze strachu, i długo nie potrafią powiedzieć nic, co miałoby jakikolwiek sens.

Wielu znających miejscowe realia ludzi mówi, że to nie tylko duch krwawego Rycerza Arnolda straszy w murach sprofanowanego przez świeckich kościoła, ale także duch nieżyjącego od lat artysty, malarza i metaloplastyka, który w podziemiach tego kościoła przez wiele lat mieszkał i pracował. Za to, że na starość trafił do „domu starców” w Myśliborzu, gdzie zmarł w zapomnieniu, straszy wszystkich tych, którzy po północy mają czelność zakłócać ciszę i spokój pochowanych tu zmarłych. Straszą tu także, tułające się po korytarzach i salach w pokracznie wykrzywionych i przerażających pozach, upiorne cienie wielu osób, które w tych grubych murach kościelnych spędziły najpiękniejsze lata swojego życia.

Znana jest dość powszechnie pewna niewiarygodna historia związana z postacią Rycerza Arnolda (vel Woja Myślibora), w którą wcielił się onegdaj, chudy jak patyk myśliborski artysta - albo odwrotnie. Jak było naprawdę nikt tego do dzisiaj nie wie?! Wiadomo jedynie, że pewnego dnia, myśliborski malarz i metaloplastyk uzbrojony we własnoręcznie wykonany hełm rycerski i zbroję, z nagim torsem umazanym niemiłosiernie w czerwonej farbie, w całości opanowany przez rozwścieczonego ducha Rycerza Arnolda wkroczył, z wielkim impetem do wypełnionej po brzegi biesiadującym aktywem winiarni. W ręku oszołomionego artysty błyszczał, również przez niego wykonany, „zakrwawiony” średniowieczny miecz. Nagle, zupełnie niespodziewanie, sieknął tym mieczem tuż nad głową zastygłego w przerażeniu sekretarza PZPR, odpowiedzialnego w Myśliborzu za partyjną propagandę i miejscową kulturę, wbijając go, w podtrzymujący dekoracyjny dach winiarni, drewniany słupek. Został po tym głęboki, widoczny do dzisiaj ślad.

Panuje powszechne przekonanie, że znany w mieście działacz cudem unikną niechybnej śmierci wyłącznie z tego powodu, że mimo swojej partyjnej funkcji był bardzo dobrym człowiekiem. To dzięki niemu w Myśliborzu odrestaurowano wszystkie zabytki, w których pod jego czujnym okiem zlokalizowano dobrze zorganizowane i nieźle wyposażone myśliborskie instytucje kultury. A i sam, nawiedzony przez ducha Rycerza Arnolda artysta, zawdzięczał mu pracę i bezpieczne schronienie w MOK-ku, którą mu załatwił nieszczęsny działacz po jego (artysty) niewiarygodnej kolizji z rozpędzonym pociągiem, z której ledwo uszedł z życiem. Dowodzi to tego, że upiorny duch Rycerza Arnolda, który od wieków kieruje się w swoim działaniu brutalną zemstą i zapachem krwi, bywa wyrozumiały i miłosierny.

Obyś i ty, mieszkańcu Myśliborza, ale także ty, jakże cenny dla nas turysto i pielgrzymie, zwiedzając Stare Miasto i jego zabytki, natknął się wyłącznie na takiego Arnolda! Ale by tak się stało, musisz na to wcześniej zasłużyć, żyjąc w zgodzie z własnym sumieniem, w pogardzie dla małych ludzi, szczególnie różnej maści „działaczy społecznych”, zwłaszcza tych zabiegających wyłącznie o własne i innych złodziei interesy, z pełnym poszanowaniem Prawa i Prawdy!

Ku pamięci potomnych, w czasach świetności funkcjonującego tu Ośrodka Kultury, wybudowana została w dolnym holu specjalna ściana, na której umieszczono mozaikę przedstawiającą postać Rycerza Arnolda (lub jak kto woli Woja Myślibora) na koniu, w pełnym, bojowym rynsztunku (na zdjęciu – fragment tej mozaiki).

Nie wierzysz tej legendzie? Za mało jest na jej potwierdzenie zachowanych do dnia dzisiejszego dowodów materialnych i historycznych? Być może? Jednak, jak tylko będziesz mógł, przyjdź do byłej siedziby średniowiecznego klasztoru i sprawdź osobiście, czy autor tej legendy chociaż trochę kłamie?!

Waldemar J. Wiernicki

Źródło: http://stowarzyszeniepik.pl/index.php?g ... ws/legenda

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Kamień Katarzyny, Kamień Świętej Katarzyny  http://moltowo.most.org.pl/zabytki.htm

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Tunele pod pałacem Potockich w Krzeszowicach - Ta legenda okazuje się być prawdziwą, bo sam miałem okazję zwiedzić jeden z nich, o długości około 15 metrów, niestety na końcu zasypany. Istnieją podłużne zapadliska w pałacowym parku, które bez wątpienia skrywają zapadnięte sklepienia tuneli. Wejścia do tych struktur mają znajdować się w różnych miejscach zarówno zespołu pałacowego jak i parku do niego przylegającym. W latach 80. Tunele przemierzał wraz z grupką przyjaciół ojciec mojego kolegi. Nie potrafi określić ich łącznej długości, mówi tylko, że wszedł do nich o 10 rano a wyszedł po drugiej stronie Krzeszowic o godzinie 20 wieczorem. Można zatem przypuścić, że przynajmniej jeden z tuneli ciągnie się pod całym miastem. No i oczywiście to, co zawsze w zaginionych tunelach czyli skarby - Na własne oczy widziałem dwa krzyże żelazne i pordzewiały hełm niemiecki z okresu II wś. Ponoć wyciągnięte z tunelu. Według ojca kolegi takich odznaczeń i innych rzeczy było dużo więcej, jednak wzięli tylko tyle ze względu na brak kieszeni. Cały czas wraz z kolegą próbujemy odnaleźć wejścia do pozostałych tuneli pod pałacem. Czy kiedyś uda się nam odkryć ich tajemnice? Czas pokaże. Trzymajcie za nas kciuki:mrgreen:

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

No i stało się! Dwa dni temu znaleźliśmy tunel, o którym opowiadał ojciec kolegi. Po 700 metrach tunel wydaje się nie mieć końca, więc jako że byliśmy we dwóch postanowiliśmy wrócić. Odznaczeń i i nnych podobnych (na razie;-)) nie znaleźliśmy, za to od czasu do czasu trafiały nam się ludzkie zęby. Wracam tam jutro z pełną ekipą i postaramy się zwiedzić tunel w całości. Póki co dodam zdjęcie z wnętrza tunelu i jednego z zębów, które znajdywaliśmy.

2qxxs0o.jpg

voohf9.jpg

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Aktualizacja: Na początku poszliśmy w górę aż do momentu, gdzie za pierwszym razem zawróciliśmy. Kawałek dalej tunel przybiera kanciaste kształty, a w jego suficie jest wyjście na powierzchnię znajdujące się na dziedzińcu pałacu. W "kanciastej" odnodze znaleźliśmy znaki drogowe i... Srebrną łyżeczkę z fabryki Józefa Frageta!

Nie zwiedziliśmy w całości drugiej strony tunelu idącej pod rzeką krzeszówką z uwagi na fakt przymusu czołgania się w jednymmiejscu, czego nie chcieliśmy robić. Kawałek dalej tunel przybiera już normalną wysokość (około 1,50 metra), a kolega idący pierwszy mówi, że za zapadliskiem widział sporo leżących różnych rzeczy i coś jakby maszynę do pisania. Oczywiście, że tam wrócimy, tylko raczej na wiosnę bo u nas nastała już zima.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz