• Ogłoszenia

    • Ona89

      Zmiana Adresu   18.01.2018

      Witajcie. Nasze forum zjawiskaparanormalne.pl zmienia adres na : www.paranormalne.com.pl Zapraszamy!
Raspator

Creepypasty

45 postów w tym temacie

Wpadłem na pomysł by w tym temacie dodawać creepypasty (straszne historie). Nie będą one mojego autorstwa, można je tu komentować, będę starał się dodawać 1 dziennie. Oczywiście można też dodawać swoje.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Chętnie poczytam Disektor i trzymam kciuki:)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

"BRAMA UMYSŁU"

W 1983 roku, zespół bardzo pobożnych naukowców przeprowadził radykalny eksperyment w nieujawnionym miejscu. Naukowcy mieli teorię, że człowiek bez dostępu do zmysłów i sposobów do odbierania bodźców będzie w stanie dostrzec obecność Boga. Uważali, że pięć zmysłów skrywa przed człowiekiem świadomość wieczności i bez nich człowiek mógłby faktycznie nawiązać kontakt z Bogiem przez wymianę myśli. Starszy pan, który twierdził, że "nie ma już nic do stracenia" był jedynym ochotnikiem do badań. Aby oczyścić go ze wszystkich zmysłów, naukowcy przeprowadzili skomplikowaną operację, w której każde zmysłowe połączenie drogą nerwową do mózgu zostało chirurgicznie odcięte. Wszystkie czynności mięśni zostały zatrzymane, nie mógł widzieć, słyszeć, rozpoznawać smaku i zapachu, oraz czuć. Bez możliwości komunikowania się ani poczucia świata zewnętrznego, pozostał sam na sam ze swoimi myślami.

Naukowcy monitorowali go kiedy mówił głośno o swoim stanie umysłu. Pogmatwane, niewyraźne zdania, których nie mógł nawet słyszeć. Po czterech dniach, mężczyzna stwierdził, że słyszy ciche, niezrozumiałe głosy w swojej głowie. Zakładając, że był to początek psychozy, naukowcy poświęcali niewiele uwagi obawom człowieka.

Dwa dni później mężczyzna krzyczał, że słyszy jego zmarłą żonę mówiącą do niego, a nawet więcej, mógł z nią prowadzić konwersacje. Naukowcy byli zaintrygowani, ale nie do końca przekonani, dopóki nie zaczął nazywać zmarłych krewnych naukowców. Powtórzył naukowcom prywatne informacje, które były znane jedynie ich zmarłym małżonkom lub rodzicom. W tym momencie spora część naukowców odeszła od badań.

Po tygodniu rozmawiania ze zmarłym poprzez myśli, człowiek stał się zakłopotany i strapiony, mówiąc, że głosy były przytłaczające. W każdej chwili na jawie, jego świadomość była bombardowana przez setki głosów, które odmawiały mu spokoju. Wielokrotnie rzucał sobą o ścianę, próbując uzyskać odpowiedź bólu. Prosił naukowców o środki uspokajające, aby mógł uciec od głosów przez sen. Ta taktyka działała przez trzy dni, aż zaczął miewać przerażające, nocne paniki. Wielokrotnie mówił, że widzi i słyszy zmarłych w snach.

Dzień później, zaczął krzyczeć i drapać niefunkcjonujące oczy, mając nadzieję, że poczuje coś w fizycznym świecie. Histerycznie mówił, że głosy zmarłych są ogłuszające i wrogie, mówiące o piekle i końcu świata. W pewnym momencie zaczął krzyczeć: "Bez nieba, nie ma przebaczenia" przez pięć godzin bez przerwy. Nieustannie prosił aby go zabili, ale naukowcy byli przekonani, że był bliski nawiązania kontaktu z Bogiem.

Na drugi dzień, nie mógł już składać spójnych zdań. Pozornie szalony zaczął odgryzać kawałki mięsa ze swojego ramienia. Naukowcy natychmiast pobiegli do komory badawczej i przywiązali go do stołu, aby nie mógł się zabić. Po kilku godzinach bycia przywiązanym zaprzestał walki i krzyków. Patrzył bezmyślnie w sufit, gdy w milczeniu łzy spływały mu po twarzy. Przez dwa tygodnie, naukowcy musieli go ciągle nawadniać z powodu ciągłego płaczu. W końcu odwrócił głowę i mimo ślepoty, nawiązał kontakt wzrokowy z naukowcem po raz pierwszy w eksperymencie. Szepnął: "Rozmawiałem z Bogiem, a on nas opuścił" i jego życiowe funkcje zostały zatrzymane. Nie było widocznych przyczyn śmierci.

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

biedny człowiek, bardzo ciekawa opowieść...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Ciekawa opowieść, odważny człowiek wiedząc, że wpadnie w nicość.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OPASKA NA NADGARSTEK

Kiedy rodzisz się w szpitalu, na twoim nadgarstku umieszczana jest biała opaska z twoim imieniem. Ale istnieją też opaski w innych kolorach, które znaczą co innego. Czerwone opaski są zakładane na nadgarstki zmarłych.

Pewien chirurg pracował na nocnej zmianie w szpitalu uniwersyteckim. Właśnie skończył operację i wychodził z sali. Wszedł do windy, wewnątrz niej znajdowała się już jedna kobieta. Porozmawiał z nią przez chwilę, gdy winda zjeżdżała na dół. Nagle drzwi windy się otworzyły, kolejna kobieta chciała do niej wsiąść. Lekarz czym prędzej nacisnął przycisk zamykania drzwi i wybrał przycisk najwyższego piętra. Zaskoczona kobieta obruszyła się na lekarza i spytała, czemu nie pozwolił tej drugiej wsiąść.

- To była kobieta, którą właśnie operowałem. - odpowiedział - Nie przeżyła operacji. Nie widziałaś czerwonej opaski na jej nadgarstku?

Kobieta uśmiechnęła się, podniosła rękę i spytała:

- Taką jak ta?

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

KOPALNIA

Robert obudził się jak zwykle wcześnie rano. Lubił przed pracą spokojnie zjeść śniadanie i posłuchać wiadomości w radiu. Powoli usiadł na łóżku, ale po chwili szybko opadł na nie z powrotem. Poczuł przeszywający ból głowy. “Znowu te migreny”, pomyślał ze złością. Na szczęście do pracy w kopalni szedł tego dnia na drugą zmianę, więc miał czas, żeby trochę dłużej poleżeć i poczekać aż ból zelżeje. Poprosił żonę o jakieś proszki i zasnął.

Ponownie obudził się na godzinę przed rozpoczęciem jego zmiany. Ból jednak niewiele się zmniejszył. W końcu uległ namowom żony i postanowił tego dnia zostać w domu. Były to czasy, kiedy nie każdy miał jeszcze w domu telefon, więc poprosił ukochaną, żeby poszła do jego przełożonego i opisała sytuację. Sam ułożył się wygodnie na kanapie, zakrył twarz kocem i starał się nie myśleć o niczym.

Żona Roberta, idąc ulicą w kierunku kopalni, zauważyła dziwne poruszenie w jej okolicach. Przyspieszyła, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, o co chodzi. Było 10 minut po godzinie 15, więc zmiana Roberta już się zaczęła. Zza rogu wyskoczyła zaaferowana sąsiadka.

- Nie uwierzy pani co się stało! - wykrzyknęła. - W kopalni wybuchł wielki pożar! Nikt nie przeżył!

- Boże… - jęknęła żona Roberta. – Mój mąż… on… nie poszedł dzisiaj do pracy, bo źle się czuł…

- Matko kochana – sąsiadka wzniosła oczy ku niebu. – Co za wielkie szczęście!

Kobieta szybko pożegnała się z sąsiadką i zawróciła do domu, żeby jak najszybciej opowiedzieć mężowi, jak uniknął nieszczęścia. Jaka była w tej chwili szczęśliwa, sama nie potrafiłaby opisać. Bardzo kochała męża i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Spędzili razem 30 pięknych lat i miała nadzieję na kolejne tyle jeśli zdrowie pozwoli.

Otworzyła szybko drzwi do mieszkania i od progu krzyknęła:

- Robert! W kopalni była tragedia! Jak dobrze, że zostałeś w domu.

Odpowiedziała jej tylko cisza. Nie zmartwiło jej to. Robert przecież źle się czuł. Mógł zasnąć. Po cichutku weszła do pokoju, w którym leżał i zamarła.

Jej ukochany mąż wciąż był na tej samej kanapie. Wciąż twarz miał przykrytą kocem, aby do zmęczonych oczu nie dochodziło światło. Tylko krew sącząca się w okolicach głowy nie pasowała do tego obrazka. Ani to, ani obraz, który spadł ze ściany wprost na twarz Roberta pozbawiając go życia. Dusza uleciała z jego ciała w tym samym momencie, w którym w kopalni ginęli jego koledzy.

źródło:strasznehistorie.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wino

Lubiłem wieczorem posiedzieć jakieś pół godziny w barze. Zazwyczaj co wieczór tam wpadałem na drinka, czasami na dwa. Jedynie w weekendy zdarzało mi się wypić coś więcej. Dziś również chciałem odstresować się po pracy i napić czegoś więc po drodze do domu wstąpiłem do swojego ulubionego baru. Już miałem podejść do lady by coś zamówić, lecz dostrzegłem gościa pubu, którego tu nigdy nie widziałem. Był to siwy, starszy mężczyzna. Na oko strzelałem, że był już na emeryturze.

Zauważył, że na niego spojrzałem. Nawiązaliśmy krótki kontakt wzrokowy i gestem dłoni zawołał mnie. Nawet nie wiem czemu ale zrezygnowałem z podejścia do barmana i ruszyłem prosto do staruszka. Usiadłem na przeciwko i spojrzałem na stół. Była tu jedynie szklanka whisky, która wyglądała na jeszcze nietkniętą.

-Napijesz się ze mną, młodzieńcze? - Zapytał uśmiechając się lekko.

Zgodziłem się, a on rozejrzał się po pomieszczeniu szczególną uwagę zwracając na barmana. Z torby wyciągnął butelkę wina i niewielką szklankę do której nalał trunku. Wyjaśnił mi, że był to alkohol jego roboty i chciałby poznać opinie. Z niemałym niepokojem ująłem szklaneczkę i powąchałem zawartość. Ta sytuacja była co najmniej dziwna, ale nie chciałem robić mu przykrości więc spróbowałem. Jak się okazało, wino było naprawdę pyszne. Czerwonej barwy, słodkie i mocne, o znajomym smaku lecz nie mogłem sobie przypomnieć czym był ten smak.

Poinformowałem staruszka, że wino bardzo mi smakuje i jest to prawdopodobnie najlepsze jakie piłem. To akurat nie było dziwne, bo nie zdarzało mi się zbyt często pić wina. Uradowany podziękował mi i dolał jeszcze, po czym zaczął zasypywać różnymi opowieściami ze swojego życia. Mój pobyt w barze się przedłużył do prawie dwóch godzin, lecz nie przeszkadzało mi to. Na koniec podziękowałem mu za poczęstowanie, powiedziałem, że miło było mi go poznać i pożegnałem się.

Na następny dzień znowu ujrzałem w tym barze tego samego staruszka. Chciałem być miły, więc podszedłem się przywitać. Sytuacja się powtórzyła, znowu nalał mi swojego trunku i zaczął opowiadać różne rzeczy. Tym razem z tą różnicą, że pod koniec poprosił mnie o odprowadzenie do domu bo podobno źle się poczuł. Nie protestowałem, tym bardziej, że mieszkał całkiem niedaleko.

Po dotarciu na miejsce kazał mi wejść do środka bo chciałby mi dać coś za pomoc. Upierałem się, że nie trzeba jednak ponownie nie chciałem sprawić mu jakiejś przykrości więc wszedłem. Zaczął mi opowiadać, że wino robi właśnie tutaj a w pokoju za kuchnią ma pracownie. Gotowe wino trzymał w piwnicy a jako wynagrodzenie za pomoc chciał ofiarować mi butelkę lub dwie. Poprosił bym poczekał, a sam zawrócił by zejść do piwnicy. Rzucił jeszcze przez ramię bym nie zaglądał do jego pracowni.

Nie było go już przez kilka minut a we mnie rosła ciekawość. Chciałem poznać czym był ten znajomy smak i z czego robi wino staruszek którego zaledwie wczoraj poznałem. Spojrzałem na drzwi do piwnicy czy aby czasem już nie wraca i szybko poszedłem szukać pokoju którego nazywał pracownią.

Za kuchnią były jedne drzwi, więc problemu ze znalezieniem nie miałem. Otworzyłem drzwi i namacałem włącznik światła. Po oświeceniu moim oczom ukazał się stół na którym leżały różne części ludzkiego ciała oraz kilka rzeźnickich narzędzi. Tuż obok stała balia wypełniona po brzegi krwią.

Przypomniałem sobie czego był to smak i ledwo powstrzymałem wymioty by móc jak najszybciej stąd uciec.

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

świetny pomysł, uwielbiam czytać takie historyjki :)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Ostatnia nie jest straszna, tylko lekko żenująca. Nawet ja rozróżnię posmak żelaza krwi od smaku alkoholu i winogron, a nie mam w zwyczaju próbować odczynników.

Tak ogólnie to jest to coś czego było mi trzeba. Trochę opowiadań, które ruszą moje zakurzone myśli w dziedzinie śmierci, losu i psych... (dokończcie to słowo wedle uznania lub jeśli mnie znacie to wiecie)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Creepypast jest dosyć dużo, więc ciężko wybrać tylko jedną, na dodatek bardzo dobrą, dlatego będę umieszczał tutaj nie tylko jakieś mega straszne, ale też ciekawe, do pomyślenia i dosyć krótkie :) .

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Doll

Dobra, żebyście zrozumieli moją opowieść muszę zacząć od początku.

Jakiś czas temu razem z moimi przyjaciółmi założyłam forum o tematyce paranormalnej. Żeby zdobyć większą liczbę użytkowników zaczęliśmy szukać inne strony o takiej tematyce i reklamowaliśmy się tak. Tak, wkurzający spam, ale nie o to chodzi w tej historii. Swoją drogą po tych przeżyciach skasowaliśmy forum, bo żadne z nas nie miało siły go administrować.. Zaczęliśmy od blogów, bo stwierdziliśmy, że je będzie najłatwiej znaleźć. Zaczęliśmy od kilku typowych z strasznymi opowieściami (lub raczej parodiami strasznych opowieści). Potem trafialiśmy na blogi o coraz odmiennej tematyce i zamiast reklamować swoje forum czytaliśmy notki. Fakt, z niektórych można było się nieźle pośmiać. Chcę zaznaczyć, że należymy do prawdziwych fanów wszelkich horrorów, często spotykamy się na wspólnym oglądaniu filmów, a nawet czytaniu książek. W końcu trafiliśmy na jakiś blog . Który chyba miał być pamiętnikiem. Nie podam wam adresu. Po pierwsze – blog i tak już został skasowany, po drugie – to dla Waszego dobra. Uwierzcie mi.

Blog prowadził facet o imieniu Kamil. Miał dziewczynę Ankę, i jak wywnioskowaliśmy z postów, nie układało im się. Oboje mieli po piętnaście lat. Chłopak sprawiał wrażenie typowego debila. Cały blog był przeładowany wszelakimi kolorami i zrywającymi oczy gifami czy innym gównem. Ale jednak z zainteresowaniem czytaliśmy jego notki. Tak, śmialiśmy się przy nich. Taki mamy już charakter…

- Okay, dawaj dalej, bo nie wytrzymam – powiedział mój przyjaciel, nazwijmy go J (był jeszcze D i M) i już miałam szukać dalej, gdy moją uwagę przykuła notka o tytule „Doll”

Przyznaję się, chociaż miałaby być to największa głupota nie mogłam się powstrzymać i jej nie przeczytać. Mam pewien sentyment do lalek. Szczerze mówiąc trochę się ich boję – wydają mi się zbyt ludzkie, ale mniejsza.

Na szczęście potem zapisaliśmy wszystkie jego notki, więc mogę po prostu ją Wam wkleić. Jest bodajże z wrześnie.

Rano znalazłem jakiś filmik na youtubie. Całkowita durnota No miał właśnie taki tytuł Doll. Na początku był czarny ekran a potem jakaś lalka zaczel mówić, coś w stylu pobaw się ze mna i tak dalej. Doogladałem do końca i wyłączyłęm – debilizm ;PTen filmik był nieźle zeschizmowany, ale spoko. Z Anką dalej zle, nie chce mi się życ ;C

- Ale dać linku to już nie łaska – prychnęłam. Jednak ten filmik zainteresował nas tak bardzo, że spróbowaliśmy sami go znaleźć na yt. Bez powodzenia, nic.

- Poczekamy parę dni, może coś znowu napisze i da linka – zaproponował D.

Zgodziliśmy się i rozeszliśmy się do domów. Przyznaję się – przez ten filmik nie mogłam zasnąć. Tak strasznie interesowało mnie, co to było, że myślałam o tym całą noc. Jedyne do czego doszłam, to, że musiał to być jakiś film wpływający na psychikę. Mnóstwo tego gówna w Internecie – niby oglądasz zwykły film, a potem boisz się iść wykąpać, bo woda jest jakaś dziwna. Pewnie każdy zna jakiś taki film. Albo grafik. Wystarczy wiedzieć, co wywołuje niepokój, potem boisz się własnego psa ( o którą grafiką teraz mi chodzi, powinniście wiedzieć).

Następnego dnia zaraz rano włączyłam komputer i sprawdziłam bloga. Nic. Spakowałam się i poszłam do szkoły. Na przerwach rozmawialiśmy trochę z J, D i M o „Doll”, ale pod koniec lekcji zapomniałam o nim całkiem.

Po powrocie ze szkoły sprawdziłam jeszcze raz bloga. Była nowa notka. Zadzwoniłam do przyjaciół i szybko spotkaliśmy się u mnie. Już w szkole postanowiliśmy, że nie będziemy czytać tego bloga sami. Notka zawiera kolejne informacje na temat Anki, a na końcu taki zapis (dopiero teraz wiemy, jaki był on ważny)

Moja siora kupiła jakiegoś śmiecia na allegro. Chyba chciała lalkę, ale przyszła coś takiego: [link]Zawsze wiedziałem że niezla z niej frajerka

Link został już usunięty, ale spróbuję opisać zdjęcie. Była to lalka, bobas, której brakowało jednej ręki i oczu. W paru miejscach ktoś poplamił ją czymś – obstawialiśmy na farbę, czarną i rdzawoczerwoną. Skóra była obtarta i wypłowiała, a szmaciany tułów lalki rozdarty w kilku miejscach.

Od razu zapytaliśmy w komentarzach, czy lalka przyszła pocztą, przyniósł ją listonosz, czy on w ogóle go widział, ale Kamil odpowiedział tylko

Paczka leżała pod drzwiami.

To zainteresowało nas, wciągnęło tak mocno, że nie mogliśmy zostawić tej sytuacji ot tak. Z niecierpliwością czekaliśmy na kolejną notę, ale autor jakby zapadł się pod ziemię – nie pisał, nawet nie odpowiadał na komentarze. Nic. W końcu po dwóch tygodniach napisał coś, ale wiadomość była strasznie krótka.

Moja siostra nie kupowała żadnej lalki

Tak, to nas przeraziło.

Pewnie wy też pomału domyślacie się prawdy, jaką my poznaliśmy dopiero kilka tygodni później. Kolejna wiadomość był równie krótka co poprzednia.

Ona mnie widzi. Patrzy się na mnie. Zabierzcie ją.

Zadrżeliśmy. Być może facet robił sobie z nas jaja, ale cholera, po co? Na blog wchodziło maksymalnie kilka osób dziennie, a po ostatniej notce wchodziliśmy tylko my. W końcu licznik odwiedzin zatrzymał się całkiem. Po co robić żart, jeśli nabiorą się tylko cztery osoby?

Mówi. Czy mogę się z nią pobawić? Powiedzcie, czy mogę?

Jego styl pisania zmienił się diametralnie, jak sami widzicie. Po tej notce zmienił się również szablon blog – z rażących w oczu żółci i czerwieni, na… Czerń. Po prostu. Litery były jasnozielone, ale wszystko inne czarne. Żadnych zdjęć, linków, tylko te upiorno zielone litery, które zaczęły wżerać nam się w mózg. I krótkie wiadomości, jakby skierowane tylko do nas. Jakby to nie był już blog dostępny dla wszystkich, ale… Chat? I chociaż my nie pisaliśmy nic, zdawaliśmy sobie sprawę, że autor wie o nas. Tylko czy wiedział jak bardzo się baliśmy? Blog stał się tematem tabu, baliśmy się o nim rozmawiać, ale i tak zawsze czytaliśmy każdą notkę.

W końcu doczekaliśmy się.

POBAWCIE SIĘ ZE MNĄ

ZNAM WAS WSZYSTKICH

TYLKO POPROŚCIE.

- Za dużo! – krzyknął M i wyłączył przeglądarkę.

Tak, tego było za dużo. Pamiętam, że nie mogłam spać po nocach. Naprawdę boję się lalek. Zaczęłam nawet przypuszczać, że ten facet to któryś z moich znajomych który chce nas wkręcić, znając nasze strachy… Ale cholera, nawet z moimi przyjaciółmi nie rozmawiałam o moich fobiach…

Tydzień temu przeczytaliśmy ostatnią notkę. Jest krótka. Jak wszystkie.

jrgnijseijpfnJKN?

Fn?

TAK

dkTHgvtiuhBIU

G

[link]

Kliknęłam w link podany w notce. Otworzył się yt. Spodziewaliśmy się tego. Tytuł filmu „Doll”. Czarny ekran. Nagle pojawia się lalka. Taka sama, jaką dostał Kamil.

- Wyłącz to – syknął J, ale ja nie posłuchałam. Drżał, a ja nie potrafiłam się przemóc. Cholera, tylko patrzyłam się w te jej oczy. Puste cholerne oczodoły!

- Poba… - szepcze lalka, głosem dziecka, ale J resetuje komputer.

- Wyłącz, mówiłem – powtórzył J.

Nie podam wam linku. Dla waszego dobra Nie podam wam żadnych informacji. Nie szukajcie tego filmu NIGDY.

Wtedy z nami był jeszcze jeden znajomy. To ważne. Wytłumaczyliśmy mu tylko trochę, o co chodzi z Doll, wiec nie zrozumiał naszej reakcji. Śmiał się nawet z nas, pewny, że żartujemy sobie z niego.

Rozeszliśmy się, a ja spróbowałam jeszcze raz wejść na bloga. Taki blog nie istnieje. Został skasowany.

Rano dostałam telefon.

- Pooglądałem ten filmik – zawołał wesoły znajomy

- Co?

- Jest dziwny, ale nic więcej.

Nie wiedziałam co powiedzieć. Pamiętam tylko, że miałam drgawki ze strachu.

Przez kilka dni nic się nie działo, prawie zapomnieliśmy o Doll. Przyjęliśmy, że ten facet po prostu nas wkręcił. Ale dlaczego tylko nas? Dlaczego skasował blog? Po co tyle zachodu, dla kilku wystraszonych nastolatków?

Tylko że znajomy dwa dni temu znalazł pod drzwiami przegniła paczkę.

Zakopaliśmy ją w lesie. Nie obchodzi nas, co w niej było. To był chyba grudzień, napadało dużo śniegu.

Boże, błagam, jeśli śnieg się roztopi niech nie wymyje tego pudełka…

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

THE CLIFTON BUNNY MAN

Opowieść o Bunnymanie (przyp. tłum. Człowieku Króliku) rozpoczyna się wiele lat temu. Kiedyś nie sięgała dalej niż do roku 1931, kiedy to wiele morderstw tutaj opisanych zostało już popełnionych. Aby sprawdzić, czy wszystko to jest prawdą, możecie udać się do Starej Biblioteki w Clifton w Północnej Wirginii w Stanach Zjednoczonych. To, co zamierzam wam teraz opowiedzieć, jest całkowicie prawdziwe i mimo że sam nigdy nie widziałem Bunnymana, żaden z mieszkańców Clifton nie wątpi w jego istnienie.

(Krótkie odniesienie, aby pomóc wam zrozumieć całą sprawę)

Na wiadukcie, o którym będzie mowa, znajduje się podwójny tor kolejowy. Pod spodem przechodzi droga, na której mieści się jeden samochód, a wzdłuż niej biegnie żwirowa dróżka. Dookoła rośnie las.

W 1903 roku w pobliżu Clifton znajdował się, schowany głęboko w dzikim lesie, otaczającym miasteczko, szpital psychiatryczny. Wkrótce po wybuchu wojny secesyjnej, ludzie zaczęli zamieszkiwać tamtejsze tereny, a populacja osiągała około 300 osób. Była to w rzeczywistości niewielka osada. Niemniej jednak mieszkańcom nie podobała się świadomość istnienia takiego obiektu kilka kilometrów od domu. Postanowili więc zadziałać wspólnie i podpisali petycję o przeniesienie go, nieważne dokąd. Dokument dostał zatwierdzony i został zbudowany nowy szpital psychiatryczny, który aktualnie jest znany jako „Lorton Prison”, tymczasowe więzienie, gdzie przetrzymywani są przestępcy przed właściwym skazaniem.

Jesienią 1904 roku zgromadzono pacjentów i kazano im wsiąść do autobusu, który miał zawieźć ich do Lorton. Niedługo po wyruszeniu, kierowca musiał gwałtownie skręcić, aby ominąć coś, co pojawiło się nagle na drodze. Autobus przechylił się dosyć mocno, po czym w zawrotnym tempie pędził do przodu. Nastąpiła kolizja.

Większość uczestników wypadku została ranna, a część zobaczyła możliwość ucieczki, więc pobiegła nocą w głąb lasu. Następnego dnia o poranku policja wszczęła śledztwo i zaczęła się obława na uciekinierów. Godziny zamieniły się w dni, dni w tygodnie, tygodnie w miesiące. W ciągu czterech miesięcy udało znaleźć wszystkich, poza dwoma: Marcus A. Wallster and Douglas J. Grifon. W trakcie poszukiwań obu mężczyzn, przypadkowo znaleziono na wpół zjedzone i rozczłonkowane szczątki zajęcy, również na dalszych etapach poszukiwań.

W końcu udało im się znaleźć Marcusa martwego tuż obok wiaduktu przy Fairfax Station (obecnie znanego jako Most Bunnymana). W swojej dłoni ściskał własnoręcznie wykonane narzędzie przypominające trochę młotek, a trochę nóż. Zrobione zostało z ostrego kamienia i bardzo wytrzymałej gałęzi. W tym momencie nie było już ważne jak umarł, nikt się tym nie przejmował, liczyło się tylko to, że nie muszą go dłużej szukać. Policjanci znaleźli dla niego pasujący pseudonim. Jednak jak się później okazało, Bunnymanem nazwano nie tę osobę.

W trakcie dalszych poszukiwań Douglasa, wciąż znajdowano na wpół zjedzone zające. Napotykano je ciągle, na całej drodze. W końcu to Douglasa nazwali Bunnymanem i tak już zostało.

Minęły trzy kolejne miesiące i 7. kwietnia 1905 roku policja zawiesiła poszukiwania. Przyjęto, że Bunnyman z całą pewnością już nie żyje, albo oddalił się na tyle daleko, że nie stanowi żadnego większego niebezpieczeństwa. Mieszkańcy więc uspokoili się i wrócili do zwyczajnego życia. W październiku zaobserwowali pojawiające się znikąd martwe, zjedzone zające i znów zaczęli się obawiać niebezpieczeństwa.

Nadszedł dzień Halloween. Jak zwykle grupka dzieciaków poszła na wiadukt Fairfax, aby pić i robić… Robić to, co dzieciaki w tamtych czasach robiły. Kiedy zbliżała się już północ, większość z nich poszła do domu, a została tylko trójka.

Dokładnie o północy pojawiło się nagle jasne światło zza wiaduktu, oświetliło dzieci. Po kilku sekundach wszystkie leżały już martwe. Miały gardła podcięte narzędziem takim samym lub podobnym do tego, które znaleziono przy uciekinierze Marcusie. Jednak podcięte gardła nie były jedynymi obrażeniami. Ich klatki piersiowe były rozcięte, a wnętrzności wyciągnięte na zewnątrz. Jakby to jeszcze nie było mało, Bunnyman obu chłopaków powiesił po dwóch stronach mostu na linie w taki sposób, że ich stopy „dyndały” i były widoczne dla nadjeżdżających kierowców. Dziewczynę zawiesił w ten sam sposób, ale po drugiej stronie mostu.

To stało się w Halloween roku 1905. Przez kolejny rok nie było żadnych nowych wzmianek o mordercy. Dużymi krokami zbliżało się jednak kolejne Halloween. Rodzice i dzieci nadal pamiętali, co stało się przed rokiem na moście, Jego moście. Moście Bunnymana.

Tej nocy siedmiu nastolatków postanowiło tam jednak pójść. Sześciu z nich, po dłuższym namyśle, schowało się pod mostem, podczas gdy jedna, Adrian Hatala, postanowiła oddalić się odpowiedni dystans, żeby móc uciec, gdyby miało stać się to samo, co przed rokiem. Około północy była świadkiem migocącego światła poruszającego się torem kolejowym w kierunku wiaduktu, które zatrzymało się o pełnej godzinie a następnie znikło kilka sekund później z dużym rozbłyskiem. Usłyszała ogłuszające krzyki w okolicy mostu. 5 sekund później ciała jej znajomych wisiały już na moście w taki sam sposób, jak rok temu.

Przerażona Adrian pobiegła do domu i nie powiedziała nikomu wszystkiego, co widziała. Zdradziła tylko ogólny zarys historii, aby mieszkańcy wiedzieli, co dzieje się na Moście Bunnymana. Nikt jej jednak za bardzo nie rozumiał, ba, niewielu w ogóle jej uwierzyło. Oskarżono ją o morderstwo i zamknięto w Azylu Lorton.

W 1913 roku Ta sama historia znów się powtórzyła. W noc Halloween. Adrian wciąż była zamknięta. Wprawdzie skrócono jej wyrok, ale było już i tak za późno. Pokonało ją szaleństwo. Nawet więc, gdyby ją wypuszczono, nie potrafiłaby już normalnie żyć. Spędziła więc resztę swojego życia w zakładzie, aż umarła w 1953 roku z powodu wstrząsu. Nikt właściwie nie wie, czym został on wywołany. Prawdopodobnie jednak Adrian śniła o tamtej straszliwej nocy. Być może Bunnyman ostatecznie ją dopadł?

Od tej pory mogło zdarzyć się wiele morderstw, jednak po 1913 roku mieszkańcy trzymali się z daleka od Mostu, a szczególnie w Halloween. Nadszedł jednak rok 1943, sześciu nastolatków wybrało się na spacer wieczorem 31 października. Kilka godzin później wszyscy już nie żyli. Umarli w ten sam sposób, jak kilkadziesiąt lat wcześniej inne osoby na Moście Bunnymana. Wszczęto dochodzenie, jednak jak to zwykle bywa, nie zyskano żadnych pomocnych informacji.

W 1976 roku sytuacja się powtórzyła, tym razem z udziałem trzech osób. A od tej pory zdarzyło się to jeszcze jeden jedyny raz, w 1987 roku. Janet Charletier bawiła się tego wieczoru wraz z czwórką przyjaciół. Nadeszła Halloweenowa noc. Młodzież, po zabraniu kilku dzieciakom torebek ze słodyczami, postanowiła wybrać się na przejażdżkę. Około godziny 23.00 znaleźli się przy Moście Bunnymana i czekali. Jako, że nie wierzyli w starą legendę, usadowili się pod wiaduktem. Chcieli się na własnej skórze przekonać, że opowieści nie są prawdą. Pragnęli stać się jedynymi osobami, które skutecznie przeciwstawią się Bunnymanowi. Czekali około 55 minut, tak długo, aż Janet nie zaczęła potwornie się bać. Chcąc umilić sobie czas, straszyli się wzajemnie, wydając przeraźliwe dźwięki i wyskakując zza krzaków z krzykiem. Z tego powodu dziewczyna trochę się uspokoiła, nawet przyzwyczaiła się trochę. Gdy nadeszła północ, Janet nagle zaczęła wariować. Prawie wyszła spod mostu, kiedy pod nim pojawiło się rażące światło. Gdy to się stało, dziewczyna znajdowała się akurat jedną nogą pod mostem a drugą poza nim. Zobaczyła, jak jej skóra pęka, a żebra wolno przebijają się przez jej ciało. Nagle zdała sobie sprawę, że może jeszcze stamtąd uciec. Kompletnie przestraszona zaczęła biec, uderzyła się jednak o zwisające z Mostu ciało i zemdlała. Kiedy się obudziła, zauważyła, że jej włosy stały się białe i że krwawiła. Miała wiele szczęścia, że jej skóra nie została bardziej rozcięta, ponieważ wtedy by się wykrwawiła i zmarła. O resztkach sił zdołała dojść do miasteczka. Nigdy więcej nie wróciła już na Most Bunnymana.

Od tej pory miała w zwyczaju siadać rano na ławce na swoim balkonie i tępym wzrokiem wpatrywać się w las, w kierunku, gdzie w odległości kilku mil znajduje się Most. Aż do dzisiejszego dnia można ją tam spotkać. Od śmierci jej przyjaciół, historia Bunnymana trwa w niezmienionej postaci, taka, jaką znała ją Janet.

Co roku w Halloween można zobaczyć różne grupki ludzi przesiadujące wieczorem na Moście. Piją, palą, żartują. Wszyscy jednak znikają tuż przed północą. Tak było przez pięć ostatnich lat, kiedy odwiedzałem to miejsce. Nawet, jeśli nie jest akurat Halloween, w pobliżu mostu można odczuć, że jest tam coś mrożącego krew w żyłach. Obawa. Nieokreślone uczucie. Wiadomo, że ujawnia się tylko o północy w Halloween żądając krwi niewinnych i ujawnić swoje imię, Bunnyman.

Więc to była właśnie historia właśnie historia Mostu Bunnymana. A teraz krótki mit: Zbliża się noc Halloween. Aż do północy nic się nie dzieje. Tuż przed północą jeden lub dwa króliki wchodzą na most. Jego [bunnymana] dusza (nikłe światło) przemieszcza się torem kolejowym w kierunku mostu. Kiedy wybija północ, Jego dusza zatrzymuje się na samym środku wiaduktu (śmiertelne centrum) i znika, aby po sekundzie ujawnić się poniżej torów. Od tego momentu Jego dusza oświetla wszystko dookoła światłem tak jasnym, że nie da się dostrzec Jego postaci. To ten ułamek sekundy, kiedy On podcina ci gardło i rozdziera skórę na klatce piersiowej. Później zawiesza cię na brzegu swojego mostu. Można nawet zobaczyć ślady ciągnięcia na ziemi, do miejsca w którym ciała zwisają z kamiennego mostu. Ktokolwiek się tam znajduje o północy w Halloween, zginie.

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie tej historii. Wszystko poza powyższym mitem jest prawdą i dokumenty na ten temat można znaleźć w Bibliotece w Clifton. Stara biblioteka wciąż stoi i potwierdzenie moich słów można zobaczyć na mikrofilmach.

Timothy C. Forbes, Virginia, USA

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

TAJEMNICZY PACJENT

Pracuję w Szpitalu Psychiatrycznym. Na mój oddział trafiają zwykle

ludzie, którzy uciekli przed życiem na dno butelki. Są to też często ludzie bezdomni, którzy traktują pobyt w szpitalu jako krótkie wakacje od rzeczywistość. Nieraz są to ludzie szaleni, żyjący w swoim wyimaginowanym świecie. Wszystkich łączy jedno, gdy spojrzy się im w oczy nie zobaczy się tej iskierki życia, radości, wydają się być już ”martwi za życia”. W ich oczach nie ma radości, tylko rozczarowanie... rozczarowanie światem.

Kiedyś do szpitala trafił pewien bezdomny mężczyzna, przywieziony do nas przez policję. Znaleźli go w środku lasu, bez dokumentów, a on sam nie potrafił niczego o sobie powiedzieć. Rozmawiałem z nim kilkakrotnie, okazał się bardzo inteligentny. Po kilku tygodniach w szpitalu, wypuściliśmy go, bo nie było podstaw do dalszego leczenia. Potem już nigdy więcej go nie spotkałem.

Większość rozmów sprowadzała się do rozmyślań nad światem, celem egzystencji ludzkiej i temu podobnym rzeczach, lecz jedna rozmowa zapadła mi w pamięć.

Podczas jednej z naszych dyskusji, on (nie wyjawił swojego imienia) ni z tego ni z owego powiedział :

-Wiesz, bardzo lubię podróżować, lubię czuć ziemię pod stopami, powiew wiatru na twarzy. Byłem w bardzo wielu miejscach, raz nawet trafiłem do piekła.

Zdziwiło mnie to, co powiedział. Pomyślałem, że może i on żyje w swoim wyimaginowanym świecie, lecz musiałem jakoś podtrzymać rozmowę (gdybym przerywał rozmowę za każdym razem, gdy pacjent powie coś dziwnego, to bym już nie pracował w szpitalu psychiatryczny) i powiedziałem :

-Byłeś w piekle ? A jak udało ci się wrócić ?

Jego odpowiedź do dziś nie daje mi spokoju. Odpowiedział :

-Wrócić ? Ja tu zostałem...

Po tych słowach zamilkł i już nigdy się nie odezwał. Wypisaliśmy go dzień później.

Do dziś zastanawiam się kim był i co znaczyły jego ostatnie słowa.

źródło:sadistic.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Historia ta przydarzyła mi się dokładnie rok temu. Na świecie panoszył się piękny,słoneczny maj. Egzaminy maturalne dobiegły końca, więc wyjechałam na pewien czas do rodziny na wieś.

- Nareszcie! ciocia przytuliła mnie mocno.-Opowiadaj, jak ci poszło?

- O nie!- zawołałam.- O tym nie chcę rozmawiać! Nie mogę się za to doczekać długich spacerów po okolicy.

Nic tak nie pomaga na nerwy jak piesze wędrówki. Na pewno pójdę na Czarcie Skałki-planowałam.-To takie klimatyczne i tajemnicze miejsce. Po twarzy cioci przebiegł dziwny grymas.Wymieniła z wujkiem porozumiewawcze spojrzenia.

- Czy coś się stało?

- Dlaczego macie takie miny?

- Chodźmy do domu-rzucił wujek.

- Tu nie będziemy rozmawiać.

- Wiesz kochanie... - zaczęła ciotka ostrożnie, gdy rozsiedliśmy się w salonie. Woleli byśmy żebyś nie kręciła się sama po okolicy.

- Dlaczego?

- Były pewne wypadki...

- Południca grasuję na polach- wtrąciła niespodziewanie babcia Eugenia tym swoim pełnym napięcia tonem.

Zarówno w rodzinie jak i w całej wsi staruszka uchodziła za niezrównaną bajarkę. Dorastała w czasach, kiedy na prowincji ludzie wierzyli w najróżniejsze strachy, więc znała wszystkie ludowe legendy,bajki i opowieści.

- Oj babciu!- obruszyła się zaraz ciotka. - Co babcia za głupoty opowiada? Jaka południca? Słuchaj będę z tobą szczera- zwróciła się znowu do mnie.

- Ostatnio we wsi...- westchnęła ciężko- zaczęły ginąć młode dziewczęta.

- Co takiego?

- Oczywiście takie rzeczy zdarzały się już wcześniej-tłumaczyła.

Ludzie ciągle giną. Ale teraz...Mieliśmy trzy takie przypadki w krótkich odstępach czasu. Dziewczyny wyszły z domu i zniknęły bez śladu. Policja prowadzi śledztwo. Dlatego proszę, żebyś nie włóczyła się nigdzie sama.

- I policjanci niczego nie odkryli?

- byłam zszokowana.

- Niestety-przyznała z ponura miną.

- Wszyscy siedzimy tu jak na szpilkach i czekamy na jakiś wieści.

- Nie ma się nad czym zastanawiać...

To południca!- oświadczyła z przekonaniem babcia i zanuciła po swojemu nieco drżącym głosem- W południe po polach tańcuje dziwożona, szuka panien, coby skakały jak ona.

- A co to jest ta południca?- zapytałam, bo myliły mi się ludowe strachy.

- Nieszczęśliwa kobieta, która zmarła tuż przed ślubem- wytłumaczyła staruszka, a mnie przeszedł dreszcz.- Teraz mści się, chodząc po polach i dręcząc ludzi. Uważaj na siebie Edytko.

Kolejne trzy tygodnie upłynęły mi jak sen złoty- nie wiem nawet jak i kiedy. Odpoczywałam i relaksowałam się i chłonęłam zdrowe wiejskie powietrze. Nie spotkałam za to ani dziwożon, ani żadnych zboczeńców, bo zgodnie z obietnicą nie chodziłam nigdzie sama. Aż do tamtego dnia...

Wszyscy byli bardzo zajęci. Szykowała się wielka rodzinna uroczystość i jak to zwykle bywa w takich wypadkach, akurat zabrakło kilku podstawowych produktów, w tym soli. Ponieważ tylko ja nie przydawałam się do pomocy w domu, zaoferowałam, że skoczę do sklepiku we wsi i zrobię zakupy. Ciocia nie była szczęśliwa z tego powodu, ale nie miała wyjścia.

- No dobrze- zgodziła się w końcu.

- Ale pamiętaj, żeby iść główną drogą.

Żadnych skrótów przez pola!

Szybko załatwiłam sprawunki i jakoś nie uśmiechał mi się powrót tą samą trasą wzdłuż wiejskiej drogi. Wiedziałam, że o wiele przyjemniej i szybciej wrócę, idąc ścieżką przez pola. Pamiętałam ostrzeżenia ciotki, ale nie traktowałam ich zbyt poważnie. Była piękna pogoda, zbliżało się południe.

Jaki zboczeniec czy inny przestępca mógłby grasować w dzień? Wędrowałam wzdłuż dojrzewających łanów zboża, ściskając w dłoni reklamówkę z dwoma kilogramami soli. Było naprawdę gorąco. Słońce stało w zenicie, a powietrze drgało od żaru.

Pewnie dlatego nie od razu zrozumiała, co dokładnie widzę. Myślałam że oślepione oczy płatają mi figla.

Młoda dziewczyna szła przez pola w moim kierunku. Była zwiewna, szczupła i śliczna. Miała na sobie białą sukienkę, a jej długie włosy o cudownym złotym odcieniu unosiły się na wietrze i skrzyły w słońcu. Wpatrywałam się w nią jak zahipnotyzowana. Nigdy nie widziałam tak pięknej dziewczyny. Gdy spojrzała w moją stronę, aż westchnęłam z zachwytu.

Miała tak cudowną twarz i niezwykłe złote oczy. Uśmiechnęła się i kiwnęła dłonią, żebym za nią poszła.

I poszłam! Nie mogłam się oprzeć pokusie. Dziewczyna zaprowadziła mnie do lasu, a potem zarośniętą ścieżką prosto do Czarcich Skałek, które od zawsze cieszyły się złą sławą. Nie odezwała się do mnie ani nie odwróciła ponownie. Patrzyła w górę i wydawało się, że na coś czeka.

Nagle przygasły promienie przeświecające przez zielone liście. Powiał wiatr, zrobiło się chłodno i ciemno.

Ramiona dziewczyny zatrzęsły się jak by z zimna... lub tłumionego śmiechu. Zachichotała upiornie i zaczęło się z nią dziać coś dziwnego.

Piękne włosy poszarzały, splątały się i wiły wokół jej głowy jak węże. Alabastrowa skóra pociemniała, pomarszczyła się i zwisła brzydko z kościstych ramion. Dłonie przemieniły się w zakrzywione szpony z ostrymi pazurami.

Krzyknęłam i spróbowałam się cofnąć, ale nie mogłam. Stwór zawył dziko, otwierając paszczę wypełnioną ostrymi kłami, a potem rzucił się na mnie.

Zrobiłam unik. Ostre szpony porysowały pobliską skałę, aż iskry poszły.

Następny cios błyskawicznie zwalił mnie z nóg, a ramię eksplodowało bólem. Pokrywały je głębokie bruzdy, z których tryskała krew.

Nie wiedziałam co robić... Nie miałam przy sobie nic poza dwoma kilogramami soli. Gdy straszydło zaatakowało znowu, w desperacji rzuciłam przed siebie paczką soli. Jego pazury rozszarpały opakowanie i biały proszek wysypał mu się w prost na głowę. Potwór zawył straszliwie, jakby sprawiło mu to niewyobrażalny wręcz ból. Zaczął się otrząsać i wyć jak ranne zwierzę. Zakryłam twarz dłońmi i wcisnęłam się głębiej w skałę, czekając na kolejne mściwe ciosy, ale wokół nagle zapanowała cisza. Poczułam, jak promienie słońca łaskoczą mnie w nos, i otworzyłam oczy. W lesie znów było jasno, a straszydło zniknęło.

Gdy spróbowałam wstać, rozszarpane ramię, do którego także dostała się sól, przeszył kolejny impuls bólu. Zwaliłam się na kolana i przetoczyłam się na bok. O mało nie wpadłam do wielkiej jamy w ziemi, która otwierała się tuż pod skałą. Zerknęłam tam odruchowo...i natychmiast zwymiotowałam. Wnętrze jamy wyścielały ludzkie kości. Niektóre białe i dokładnie ogryzione, inne wciąż pokryte skrawkami nadgniłego mięsa.

Na samym brzegu dołu, tuż po niżej mojego ramienia, leżała oderwana ludzka głowa i wpatrywała się we mnie pustymi oczodołami.

Czaszkę wciąż porastały puszyste brązowe włosy...

Nagle zrozumiałam. Co się stało z tymi zaginionymi dziewczynami.

Nie wiem, jak zdołałam wrócić do domu. Wątpiłam, czy ktokolwiek uwierzy w moją historię, ale wujek zaraz w milczeniu podniósł się z miejsca. Gdy zapadł zmrok, na naszym podwórku zaroiło się od ludzi.

Wszyscy mieli pochodnie. W śród nich dostrzegłam także kapłana z kropidłem.

Więcej nie zobaczyłam, bo babcia łagodnie odciągnęła mnie od okna.

- Co się dzieję?- zapytałam

- Nie martw się, kochanie. Wszystko będzie dobrze. Dzięki tobie wiemy, gdzie południca ma kryjówkę. Ksiądz poświęci na nowo ziemię i zostanie przepędzona.

- Na zawsze?

Babcia smutno pokręciła głową.

- To stworzenie jest starsze niż możesz sobie wyobrazić.

Żyły na tych ziemiach na długo przed nami. W raz z nadejściem chrześcijaństwa kapłani przegnali je w mrok, ale zawsze wracają.

- Dlaczego udało mi się uciec?- w ciąż tego nie rozumiałam

- Sól cię uratowała- wytłumaczyła cierpliwie babcia.

- Sól oczyszcza, posiada moc odstraszania zła. To naprawdę cud, że akurat tego zabrakło nam w domu.

Po tym, co przeszłam, inaczej patrzyłam na babcine opowieści.

Zaczęłam uważniej ich słuchać i w efekcie studiuję etnografię. A w kieszeni zawsze noszę szczyptę soli, tak na wszelki wypadek...

Edyta

-

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Po długim remoncie w końcu wprowadziliśmy się do mieszkania po babci. Gdy się urządziliśmy, mój mąż, Jacek, przyniósł ze strychu parę przedwojennych mebli i drobiazgów które również dostałam w spadku. Miałam zamiar je odnowić. Niestety w środku szkatułki, za którą się wzięłam, było pełno prochu i pajęczyny.

- Kochanie usuniesz to?- powiedziałam ze wstrętem, bo najbardziej na świecie bałam się pająków.

Jacek wziął szmatę i wytarł dokładnie mebel. A potem za pomocą szpachelki i opalarki pozbywałam się warstw starej olejnej farby, którymi był pokryty stolik. Gdy na moment przerwałam robotę, ze zdumieniem zobaczyłam, jak spod farb coś wypełza... Był to czarny, wstrętny pająk!

- Zabij go!- krzyknęłam do Jacka.

- Kogo?- podniósł nos z nad gazety.

- Pająka!- krzyczałam spanikowana, pokazując na podłogę.

Niestety, pająk był szybszy niż mój mąż flegmatyk. W ciągu kilku sekund schował się pod kanapę.

- Musimy przesunąć mebel!- zdecydowałam.

- Kochanie, co ci zrobi ten pajączek?

- A jak się rozmnoży? Kto wie, co za obrzydlistwa kryły się na tym strychu- przekonywałam.

- Sam się nie rozmnoży, pająki to nie obojnaki- mruknął Jacek, ale posłusznie pomógł mi przesunąć kanapę. Niestety, pająka nie znaleźliśmy. Ale myśl o tym, że w moim domu znajduje się to wstrętne stworzenie, jeszcze długo nie dawała mi spokoju.

Jakiś tydzień później mąż zauważył na suficie pajęczynę.

- No nie kochanie, co z ciebie za perfekcyjna pani domu, żeby zostawiać takie "Firanki"- śmiał się, idąc po miotłę i szmatę.

Gdy spojrzałam na kuchenny sufit, cała aż zamarłam. W rogu zwisał gęsty, długi i ogromny kołtun pajęczyn!

- Kochanie, to nie jest śmieszne- powiedziałam. - Robiliśmy generalny remont. Przed i po przeprowadzce wszystko gruntownie sprzątaliśmy. Ta pajęczyna powstała w ciągu kilku dni, a wygląda, jakby była tu przez lata!

Pająk, który ja zrobił, musi być ogromny!- tłumaczyłam.

- Nie może być ogromny, bo w Polsce nie ma takich pająków- powiedział Jacek, usuwając pajęczynę. Dopóki był obok, potrafił mnie uspokoić i czułam się bezpiecznie. Niestety, często wyjeżdżał w delegacje. Tym razem na dwa tygodnie...Może łatwiej by mi było, gdybym wychodziła do pracy, do ludzi, ale, niestety, od miesiąca nie pracowałam. I jedyne zajęcie, jakie miałam w domu, to właśnie odnawianie tych kilku gratów ze strychu. Ale od czasu historii z pająkiem, jakoś bałam się to robić.

A potem wszystko potoczyło się tak szybko... Znów pewnego dnia zobaczyłam w rogu sypialni ten obrzydliwy kożuch pajęczyn! Wpadłam w panikę. Wiedziałam, że jeśli go nie zlikwiduję, pająk jeszcze bardziej się rozpanoszy.

A jeśli to zrobię? Mógł tam przecież być, wejść na mnie w trakcie sprzątania, zaatakować, ukąsić albo... zemścić się. Z pewnością to głupie, ale tliło się we mnie irracjonalne przeczucie, że jak z nim zadrę, niszcząc mu dom, on mi się odpłaci... Dlatego zdecydowałam, że nie ruszę pajęczyny. A potem pojawiła się druga w kuchni, trzecia-w łazience, było ich coraz więcej. Starałam się nie patrzeć w te miejsca, ale było trudno.

"Byleby tylko Jacek już wrócił", myślałam ze strachem. "Jakoś to wytrzymam. Muszę!"

Niestety, najgorsze było dopiero przede mną. Pewnej nocy coś kazało mi się obudzić. Może kobiecy instynkt? Jakiś szósty zmysł? Otworzyłam oczy i cała zamarłam. Nade mną, wprost nad moją twarzą, na cienkiej nitce pajęczyny wisiał pająk! Widziałam go dokładnie w świetle ulicznej latarni. Był czarny, ogromny, miał gruby odwłok i długie kosmate odnóża, którymi poruszał złowieszczo i miarowo. Był tak blisko mnie, że bałam się krzyknąć, by nie wszedł do moich ust. Wydawało mi się, że dzielą mnie od niego tylko milimetry. Bałam się ruszyć. Sądziłam, że przez lada podmuch powietrza ten okropny stwór spadnie prosto na mój nos. Jednak musiałam coś zrobić. Zamknęłam oczy i delikatnie, niemal niezauważalnymi ruchami przesuwałam się w bok, na miejsce Jacka. Gdy wykonałam dosłownie ostatni ruch, pająk nagle opuścił się na pajęczynie i znalazł się tam, gdzie przed sekundą była moja twarz! Krzyknęłam i wyskoczyłam z łóżka.

Wróciłam do sypialni po chwili uzbrojona w miotłę. "Albo on, Albo ja!", pomyślałam. Ale jego już nie było. Zapaliłam wszystkie światła, odsuwałam meble, zaglądałam pod łóżka,dywany, ale nie znalazłam go. Wtedy mój wzrok padł na gęste pajęczyny. " Złamałeś nasz pakt o nieagresji. To będziesz miał!", pomyślałam. Ubrałam się w robocze ciuchy męża, założyłam gumowe rękawice. Wzięłam miotłę owiniętą mokrą szmatą i przystąpiłam do usuwania pajęczyn. Byłam cała spocona, i to nie z wysiłku, tylko z nerwów. Ale musiałam to zrobić. Do świtu usunęłam wszystkie. A rano powróciły! Zmrużyłam oko przecież tylko na chwilę!

Ale gdy się obudziłam, pajęczyny znowu wisiały na swoich miejscach, tylko było ich dużo więcej!

"Jacek wróć już, proszę!", zaczęłam szlochać. " Nie wytrzymam tu sama czterech dni!" Wiedziałam że do jego powrotu nie mogę już zasnąć, bo pająk zaatakuje mnie we śnie. " Odnajdę go i zabiję!", postanowiłam, zrywając pierwszy kłąb pajęczyn...

Pamiętam, że gdy się ocknęłam, wokół mnie było jasno i czysto. Nigdzie nie było pajęczyn, a przy moim łóżku siedziała Jacek i trzymał mnie za rękę.

- Gdzie ja jestem?- szepnęłam.

- W szpitalu- usłyszałam.

- Miałam wypadek?

- Kochanie, nie będę przed tobą ukrywał. To jest szpital psychiatryczny.

- Ale dlaczego, co się stało?- nie rozumiałam.

- Miałaś jakiś dziwny atak. Zdemolowałaś całe mieszkanie. Gdy przyjechałem, byłaś w totalnej histerii. Potrzymają cię tu trochę na obserwacji. Muszą sprawdzić, czy to jakaś wyjątkowo nerwowo reakcja czy...- przełknął ślinę.- Schizofrenia. Wiesz, że w twojej rodzinie były takie przypadki...

- O Boże- zamknęłam oczy.

Potem Jacek poszedł, a ja poczułam się szczęśliwa i spokojna.

Wiedziałam, że tu przynajmniej nie będzie tego czarnego tłustego potwora, który zatruł mi życie...

I nawet nie przeszkadzało mi, że mąż już mnie nie odwiedza, że nie dzwoni... Kilka dni później dyrektor szpitala poprosił mnie do swojego gabinetu.

- Ktoś chce z panią porozmawiać- poinformował mnie i wyszedł.

Do pokoju wszedł policjant. Jąkając się, wyznał że mój mąż nie żyje.

- Prawdopodobnie miał zawał serca- powiedział. Znaleziono go w państwa mieszkaniu.

Ale przecież Jacek nigdy nie chorował na serce, poza tym był młody!...

- To nie zawał, to one go zabiły- wyszeptałam przerażona.

Dostałam przepustkę ze szpitala, by zająć się organizacją pogrzebu. A potem poszłam na ostatnie spotkanie z Jackiem. Do zakładu pogrzebowego.

- Sama go umyje i ubiorę- poinformowałam pracownika.

Już miał wychodzić z pomieszczenia, gdy zauważyłam w ustach Jacka coś czarnego. To coś się ruszało! Kiedy krzyknęłam, mężczyzna zawrócił.

- Co się stało?- spytał.

Wskazałam na usta Jacka. Pracownik je rozchylił, a potem, wyjął z nich ogromnego tłustego pająka!

- Dziwne- szepnął, przyglądając mu się z zainteresowaniem.

- Niech pan go zabije!- krzyknęłam.

- Nie wie pani, że zabicie pająka przynosi pecha?- zarechotał.

- Czasami bywa na odwrót- szepnęłam, patrząc z przerażeniem, jak pająk ucieka po podłodze trupiarni.

źródło: Historie niesamowite.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wydaje mi się, że zanim zacznę, należy się Wam kilka słów wprowadzenia. Otóż mam małego bzika na punkcie broni, survivalu, wyposażenia taktycznego, lornetek, latarek i tak dalej. Sprzętu mam od groma, a perełką mojej kolekcji jest karabin Remington 700 (w Rosji można go zupełnie legalnie kupić po pięciu latach posiadania wiatrówki). Mam do niego też dwie bardzo dobre lunety - jedną mocniejszą, a drugą słabszą. Nie, nie jestem żadnym psychopatą, powiedzmy, że lubię się czuć przygotowanym na nieprzyjemności w tych niespokojnych czasach. Tyle, jeżeli chodzi o wstępne wyjaśnienia.

A oto i sama historia. Pewnego razu zdarzyło mi się wynająć mieszkanie w jednym z północno-wschodnich rejonów Moskwy. Zrobiłem to z absolutnej konieczności, nie zamierzałem zostawać tam długo, więc umowę podpisałem tylko na kilka miesięcy. Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze dwunastopiętrowego wieżowca, a widok z okien byłby wspaniały, gdyby nie jedno "ale" - naprzeciwko, w odległości może dwustu metrów, stał inny dwunastopiętrowiec, poza którym praktycznie nic ze swoich okien nie widziałem. Mieszkanie było bardzo tanie, nie było w nim nawet telewizora. Internetu także nie zamierzałem podłączać, przecież i tak niebawem miałem opuścić to miejsce. Przyznacie więc rację, że nie było tam zbyt wielu rozrywek. Do tego, jak na złość, pracy, którą w międzyczasie podjąłem, okazało się mniej niż pierwotnie przypuszczałem. Spędzałem więc wieczory czytając, a potem, gdy słońce już zaszło, brałem karabin i zaczynałem bawić się w "oglądanie" - rozrywkę tę wynalazłem sobie już trzeciego dnia. Nastawiałem lunetę, patrząc na ulicę, dostrajałem ją do różnych obiektów, a raz czy dwa zajrzałem przypadkowo do kilku okien - i jakoś tak się wciągnąłem. Przyciągnąłem do okna biurko, postawiłem na nim Remingtona i przez szczelinę w zasuniętych zasłonach zacząłem poznawać mieszkańców domu naprzeciwko.

Macie zupełną rację, jeżeli w tym momencie myślicie o mnie źle. Nie ma nic dobrego w oglądaniu ludzi w celowniku lunety, nawet jeżeli jest ona przykręcona do niezaładowanego karabinu, ale, cholera, kiedy raz już spróbowałem, nie mogłem się powstrzymać. A poza tym, blok naprzeciwko był istną wylęgarnią świrów. Szybko mi się znudził gość z szóstego piętra, który całymi wieczorami zwykł oglądać pornole. Moimi ulubieńcami stali się za to chuchro-karateka z dziewiątego, który co wieczór urządzał sobie w kuchni bezlitosny trening, oraz para z siódmego. Parka ta była niesamowicie namiętna, przez te kilka dni, podczas których ich obserwowałem, uprawiali seks chyba na wszystkie sposoby, jakie znam, i wcale nie wyglądali, jakby kończyły im się pomysły. Do tego chyba nie wiedzieli, jak się wyłącza światło w ich sypialni, a podglądać ich można było bez końca - naprawdę wiele można się było od nich nauczyć. Byli jeszcze pijacy, interesujący tylko podczas burd, rozwódki z dziećmi, kilka mniej więcej normalnych rodzin, oraz dużo innych ludzi. Ale nie o nich będzie tu mowa.

Pewnego razu przypadkowo spojrzałem w okno na ósmym piętrze, na które wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi. Zobaczyłem prawie pusty pokój, oświetlony przez jedną jedyną lampę, wiszącą na suficie. Drzwi były porządnie zamknięte, a w kącie stało łóżko, na którym w jogińskiej pozie siedział człowiek. Zwrócił moją uwagę swoim bezruchem, postanowiłem więc na chwilę się przy nim zatrzymać. Był zwrócony plecami do okna i wpatrywał się w ścianę. Strasznie chudy, blady i wysoki, jego kompletnie łysa głowa wydawała się nieproporcjonalnie wielka. Nie miał na sobie ani koszulki ani majtek. Patrzyłem na niego może z pięć minut, a następnie przesunąłem celownik na ścianę, w którą się wpatrywał. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić, ściana była pusta - żadnych obrazków ani ozdób, wypłowiała tapeta tu i ówdzie obrywała się od ściany. Obejrzałem sobie pokój - również nic ciekawego, dwa krzesła, stoliczek ze stertą gazet, stary fotel, a przed łóżkiem na podłodze mały dywanik. Na zamkniętych drzwiach zauważyłem kilka dziwnych pionowych linii - i to wszystko. Uznałem, że gość sobie po prostu medytuje i nie należy się po nim spodziewać niczego specjalnego. Przeniosłem się więc do mojego ulubionego karateki, który właśnie rozpoczął rozgrzewkę przed kolejnym treningiem. Po jakichś dwóch godzinach, gdy nieletni mistrz oraz nieposkromiona parka zakończyli swoje występy, zajrzałem dla porządku jeszcze w okno jogina. Siedział wciąż w tej samej pozie, patrząc w ścianę. Wytrzymałem pół minuty, schowałem karabin i poszedłem spać.

Tak w zasadzie pewnie bym i o tym zapomniał, gdybym po kilku dniach znów przypadkiem nie zajrzał w to okno. Nie dostrzegłem niczego nowego i to mnie z jakiegoś powodu rozgniewało. Wtedy już na serio liczyłem, że każdy z lokatorów domu naprzeciwko ma do dyspozycji coś, co może dostarczyć mi rozrywki. A ten typ po prostu sobie siedział i gapił się w ścianę. Chociaż mógł się nie gapić tylko spać na siedząco. A może nie żył? Może to lalka albo manekin? A może naprawdę kopnął w kalendarz? Medytował, medytował i świat astralny w końcu upomniał się o niego. Bardzo się zainteresowałem tą sprawą. Patrzyłem na niego całą godzinę - nie ruszył się. Lalka jak nic. Tym bardziej, że taki chudy, wysoki, łeb wielki, skóra blada, a ręce prawie do kolan... Nie ma takich ludzi! No ale co ta lalka robi sama w tym pokoju? Rekwizytornia jakaś? A gdzie inne rzeczy? Czemu tam nikt nie wchodzi? Mieszkanie jest puste? A kto w takim razie zapalił światło? Popatrzyłem w okna sąsiednich mieszkań. Na prawo mieszkała rodzina z dwoma maleńkimi dziećmi, na lewo - światła zgaszone, nic nie widać. Spoko. Chciałem popatrzeć na coś innego, ale jakoś tego wieczoru ani karateka, ani zakochana para, broniąca ciągłości gatunku mnie nie zaciekawili.

Następnego dnia wróciłem z pracy trochę wcześniej i od razu zerknąłem w lunetę. Siedzi, dziad jeden. W tej samej pozycji. Chociaż nie, trochę się obrócił. Czyli że jednak coś tam się ostatecznie dzieje.

Gapiłem się cały wieczór, nie wychodziłem nawet do toalety. Siedzę twardo. On też. Gapi się w ścianę. Zdawałoby się, że trochę oddycha. Gdy rozbolały mnie oczy, machnąłem ręką i poszedłem spać.

Rano przed pracą spojrzałem znowu. Bez zmian.

Obserwowałem go cały tydzień. Kilka minut rano, kilka godzin wieczorem. Raz na jakiś czas jego położenie zmieniało się minimalnie, ale jak i kiedy - tego nie widziałem. Pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że ma w łóżku zmienioną pościel! Wtedy postanowiłem objąć go całodobową obserwacją.

Męczyłem się z tym cały wieczór, ale rezultat mnie zadowalał. Karabin na dwójnogu wycelowałem w okno, a do lunety przy pomocy statywu przystawiłem obiektyw kamery, która nagranie przesyłała bezpośrednio do laptopa. Będzie można potem zobaczyć, co dzieje się przez te kilka godzin, kiedy ja jestem w pracy. Rano sprawdziłem wszystko jeszcze raz dokładnie, a po naciśnięciu REC na kamerze wyszedłem z domu.

Pierwszego dnia czekało mnie rozczarowanie. Kamera zapisała wszystko poprawnie, jogin osiem godzin przesiedział na łóżku, nie ruszając się. Ledwo starczyło mi cierpliwości, aby powtórzyć wszystko następnego dnia.

Za drugim razem poszczęściło mi się. Wieczorem, przeglądając taśmę, zobaczyłem jak o 14:17 drzwi do pokoju się otwierają i wchodzi kobieta z tacą w rękach. Na początku pomyślałem, że pewnie przyniosła mu jedzenie, ale na tacy prawie nic nie było, widziałem tylko jakiś woreczek i kilka małych pudełek. Powoli podeszła do jogina i postawiła tacę przed nim na łóżku. Następnie jakiś czas stała i patrzyła na niego. Myślałem, że rozmawiają, ale gdy się przyjrzałem, okazało się, że jej usta się nie ruszają. Po chwili zaczęła pocierać jego lewą rękę, a następnie na kilka sekund pochyliła się nad nim. Co robiła dokładnie, nie sposób było powiedzieć, bo zasłaniały jego plecy, ale wyglądało to na zastrzyk. W każdym razie, takie odniosłem wrażenie. Później jakoś specyficznie, bokiem, podeszła do okna, uchyliła je i zapaliła papierosa. Gdy spaliła, zamknęła okno, zabrała tacę i rakiem wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Nic więcej się nie działo. Oderwałem się od monitora, zerknąłem w lunetę - w pokoju wszystko było tak, jak na ostatnich kadrach nagrania. Gdyby nie kamera, nie wiedziałbym nawet, że ktoś tam przychodził.

Przejrzałem nagranie jeszcze raz. Było w nim coś dziwnego, nawet strasznego. Chociaż zdawałoby się, że wszystko jest jasne. Na łóżku siedzi blady, chudy jak szczapa koleś, prawdopodobnie upośledzony, odwiedza go jego opiekunka, robi mu zastrzyk, pali papierosa i wychodzi. Obejrzałem nagranie jeszcze jeden raz. I jeszcze. I do niczego nie doszedłem. Spojrzałem jeszcze raz przez lunetę na gościa (siedzi, dziadyga), i poszedłem spać.

W ciągu następnego tygodnia, wykorzystując swój mały system inwigilacji, stwierdziłem, że:

a) kobieta z tacą przychodzi do pokoju raz na dwa dni, około 14-15, robi zastrzyk, pali papierosa i wychodzi;

B) prawdopodobnie poza tym w pokoju nie dzieje się zupełnie nic!

Stawało się to moją obsesją. Po pierwsze, nie widziałem, jak i kto zmienia mu prześcieradła. Po drugie, zrozumiałem, co dziwnego było w zachowaniu tej kobiety. Widziałem, jak trzy razy odwiedza go w pokoju, ale ani na sekundę nie odwraca się do niego plecami.

***

Śledziłem ich kilka ładnych tygodni, z pracy o mało mnie nie wyrzucili. W tym czasie jeszcze raz zmieniono mu pościel, ale tego nie widziałem. Musiało to być w nocy, kiedy spałem. Zauważyłem też, że kilka razy w tygodniu kobieta z mieszkania gdzieś wychodzi na 30-40 minut. Widziałem ją, jak wychodzi z klatki i wraca z kilkoma reklamówkami. Kilka razy udało mi się wypatrzeć dokąd idzie - szła do najbliższego warzywniaka, a w drodze powrotnej zachodziła do apteki. Próbowałem się dowiedzieć, co tam kupuje, ale paragon zawsze zabierała ze sobą, a obsługi pytać nie chciałem.

Raz na dwa dni przychodziła do niego do pokoju, robiła zastrzyk, paliła papierosa, wychodziła. Ani na sekundę nie spuszczała go z oczu. Jego pokoju nauczyłem się na pamięć. Dużo myślałem o paskach na drzwiach, o obdartych tapetach. Otóż na drzwiach była to po prostu zdarta farba. Obdarło ją to samo, co i tapety - jego paznokcie. Nie było na to najmniejszego dowodu, ale innego wyjaśnienia nie mogłem znaleźć. Zacząłem się go bać. Patrzyłem na niego przez lunetę, godzinami wgapiałem mu się w potylicę, a on po prostu sobie siedział w łóżku w kącie. Dziwne to było uczucie, patrzeć, jak w mieszkaniu obok małe dzieci bawią się i skaczą na tapczanie, a za ścianą, raptem kilka metrów od nich, siedzi ten potwór.

Miałem wrażenie, że powinienem coś z tym zrobić. Ale co? Wezwać milicję? Co im powiedzieć? Przyjadą, zastukają do drzwi, nikt im nie otworzy - i co potem?

Nękało mnie to. Jednego wieczoru w kafejce przekopałem cały Internet, ale oprócz klasycznych strasznych historyjek nie znalazłem niczego (chociaż zdaje się, że jedna pasta o tym nawet coś wspominała). Próbowałem też się czegoś dowiedzieć od mieszkańców bloku, ale najprawdopodobniej nikt nic o nim nie wiedział. Ostatecznie zdecydowałem się na najgłupszą rzecz w moim życiu.

Dobrze się do tego przygotowałem. Wziąłem ze sobą kilka moich najlepszych noży, rewolwer gazowy, maskę, aby w razie czego schować twarz, wytrychy, latarkę, petardy dla odwrócenia uwagi, a także świecę dymną. Pochowałem to wszystko po kieszeniach, starając się, aby nie wyglądało to podejrzanie i żebym nie brzęczał przy każdym ruchu, następnie wyszedłem na ulicę, siadłem na ławce przed klatką i czekałem. Gdyby wtedy rutynowo wylegitymowali mnie milicjanci, miałbym ogromne problemy. Czasem nawet żałuję, że tak się nie stało.

Najśmieszniejsze jest to, że siedząc tak wtedy na tej ławce, nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie chcę zrobić.

Po jakichś czterdziestu minutach zauważyłem, że kobieta z tego mieszkania wyszła z klatki i skierowała się swoim zwyczajem w stronę sklepu. Pół godziny miałem na pewno. Wstałem i wszedłem do tej samej klatki.

Gdy wszedłem na ósme piętro, zobaczyłem, że drzwi na korytarz są otwarte. Wszedłem i znalazłem się pośrodku słabo oświetlonego korytarza, którego jeden z końców był niesamowicie zagracony. Wzdłuż ścian stały rozmontowane metalowe szkielety łóżek, rower bez kół, łyżwy, sanki, jakieś zakurzone pudła, potrzaskane meble, a do tego wózek inwalidzki. Z jakiegoś powodu to on właśnie przykuł moją uwagę.

Obliczywszy, że drzwi do interesującego mnie mieszkania znajdują się dokładnie w tym zagraconym końcu korytarza, wstrzymałem oddech i ruszyłem w tamtą stronę. Oto i są - drzwi obite brązową sklejką, mieszkanie numer 41. Klamka, dziurka od klucza, wizjer - nic specjalnego. Stanąłem kilka metrów od drzwi, starając się pozbierać myśli. Co ja tutaj robię? Co mam zamiar zrobić? Dygocząc, tępo patrzyłem to na drzwi, to na wózek inwalidzki. Po chwili zdałem sobie sprawę, że oprócz własnego ciężkiego oddechu słyszę coś jeszcze. Wstrzymałem oddech i przysłuchałem się.

"Szszwaark... szszwaark..."

Dźwięk dochodził zza drzwi mieszkania numer 41 i wyraźnie się zbliżał. Zanim zdążyłem go jakoś zidentyfikować, zanikł. Zapadła pełna napięcia cisza. Myśli w mojej głowie powoli zaczęły się układać. Dotarło do mnie, że to, co słyszałem, to były jego kroki. Podszedł do drzwi i stoi za nimi. Nosz k**, pewnie jeszcze patrzy na mnie przez wizjer!

W tym momencie klamka zaczęła się szybko obracać, a na drzwi ze środka coś bardzo mocno naparło, sądząc po tym, jak zatrzeszczały. W tym momencie, delikatnie rzecz ujmując, zabrakło mi odwagi i wybiegłem stamtąd ile sił w nogach. Jak zszedłem z ósmego piętra - nie pamiętam, na pewno było to bardzo szybko. Wziąłem się w garść dopiero pod klatką. Miałem jeszcze na tyle oleju w głowie, żeby nie iść od razu do siebie, a przejść się chwilkę między blokami, zmylić ślady. W domu byłem po dziesięciu minutach. Od razu wbiegłem do pokoju, złapałem za karabin i wycelowałem w jego okno.

I wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej. Stał za oknem, skrobał paznokciami po szkle, i niech mnie kule biją, jeżeli nie wpatrywał się prosto we mnie. Widziałem go tylko przez sekundę, ale tego, co zobaczyłem, nie zapomnę nigdy. Chude, kościste ciało, przez białą jak papier skórę prześwitywały kości, wydłużone ręce zakrzywionymi palcami skrobią szkło, a na ogromnej, praktycznie białej, bezwłosej głowie potworna twarz, pozbawiona nosa. Dwoje wielkich, czarnych oczu i usta bez warg. Ruszał rękami, usta mu się otwierały i zamykały, zostawiając na szkle śliskie ślady, a oczy były wpatrzone we mnie. Czułem to spojrzenie.

Mimo, że mój mózg w tym momencie był sparaliżowany przez strach, to ciało wiedziało, co robić. Jak we śnie, odskoczyłem od okna i rzuciłem się do szafy, gdzie trzymałem pudełko amunicji. Dziesięć sekund później wróciłem z załadowanym już Remingtonem. Było mi wszystko jedno, co będzie potem. Zarepetowałem, złożyłem się i wziąłem okno na cel. Jednak jedyne, co ujrzałem w lunecie, to zaciągnięte zasłony.

***

Z mieszkania wyprowadziłem się tego samego dnia. Zapłaciłem właścicielowi, nie pytał o nic, a ja byłem mu za to wdzięczny. Skupiłem się na pracy, przeżyłem kilka miesięcy i zacząłem o tym zapominać. Czasem jednak o nim myślę. Zrozumiałem, dlaczego siedział twarzą do ściany - tak go posadzono. Specjalnie, aby nie widział innych ludzi. Kim on jest? Nie wiem. Czy jest niebezpieczny? Wydaje mi się, że ekstremalnie.

Czasami widuję go w snach. Drapie w moje drzwi, a ja patrzę na niego przez wizjer. Karabin za każdym razem chybia.

Nie podoba mi się to, że on mnie wtedy widział. Czy się boję? Mam broń i umiem się bronić, ale skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że się nie boję.

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wydaje mi się, że zanim zacznę, należy się Wam kilka słów wprowadzenia. Otóż mam małego bzika na punkcie broni, survivalu, wyposażenia taktycznego, lornetek, latarek i tak dalej. Sprzętu mam od groma, a perełką mojej kolekcji jest karabin Remington 700 (w Rosji można go zupełnie legalnie kupić po pięciu latach posiadania wiatrówki). Mam do niego też dwie bardzo dobre lunety - jedną mocniejszą, a drugą słabszą. Nie, nie jestem żadnym psychopatą, powiedzmy, że lubię się czuć przygotowanym na nieprzyjemności w tych niespokojnych czasach. Tyle, jeżeli chodzi o wstępne wyjaśnienia.

A oto i sama historia. Pewnego razu zdarzyło mi się wynająć mieszkanie w jednym z północno-wschodnich rejonów Moskwy. Zrobiłem to z absolutnej konieczności, nie zamierzałem zostawać tam długo, więc umowę podpisałem tylko na kilka miesięcy. Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze dwunastopiętrowego wieżowca, a widok z okien byłby wspaniały, gdyby nie jedno "ale" - naprzeciwko, w odległości może dwustu metrów, stał inny dwunastopiętrowiec, poza którym praktycznie nic ze swoich okien nie widziałem. Mieszkanie było bardzo tanie, nie było w nim nawet telewizora. Internetu także nie zamierzałem podłączać, przecież i tak niebawem miałem opuścić to miejsce. Przyznacie więc rację, że nie było tam zbyt wielu rozrywek. Do tego, jak na złość, pracy, którą w międzyczasie podjąłem, okazało się mniej niż pierwotnie przypuszczałem. Spędzałem więc wieczory czytając, a potem, gdy słońce już zaszło, brałem karabin i zaczynałem bawić się w "oglądanie" - rozrywkę tę wynalazłem sobie już trzeciego dnia. Nastawiałem lunetę, patrząc na ulicę, dostrajałem ją do różnych obiektów, a raz czy dwa zajrzałem przypadkowo do kilku okien - i jakoś tak się wciągnąłem. Przyciągnąłem do okna biurko, postawiłem na nim Remingtona i przez szczelinę w zasuniętych zasłonach zacząłem poznawać mieszkańców domu naprzeciwko.

Macie zupełną rację, jeżeli w tym momencie myślicie o mnie źle. Nie ma nic dobrego w oglądaniu ludzi w celowniku lunety, nawet jeżeli jest ona przykręcona do niezaładowanego karabinu, ale, cholera, kiedy raz już spróbowałem, nie mogłem się powstrzymać. A poza tym, blok naprzeciwko był istną wylęgarnią świrów. Szybko mi się znudził gość z szóstego piętra, który całymi wieczorami zwykł oglądać pornole. Moimi ulubieńcami stali się za to chuchro-karateka z dziewiątego, który co wieczór urządzał sobie w kuchni bezlitosny trening, oraz para z siódmego. Parka ta była niesamowicie namiętna, przez te kilka dni, podczas których ich obserwowałem, uprawiali seks chyba na wszystkie sposoby, jakie znam, i wcale nie wyglądali, jakby kończyły im się pomysły. Do tego chyba nie wiedzieli, jak się wyłącza światło w ich sypialni, a podglądać ich można było bez końca - naprawdę wiele można się było od nich nauczyć. Byli jeszcze pijacy, interesujący tylko podczas burd, rozwódki z dziećmi, kilka mniej więcej normalnych rodzin, oraz dużo innych ludzi. Ale nie o nich będzie tu mowa.

Pewnego razu przypadkowo spojrzałem w okno na ósmym piętrze, na które wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi. Zobaczyłem prawie pusty pokój, oświetlony przez jedną jedyną lampę, wiszącą na suficie. Drzwi były porządnie zamknięte, a w kącie stało łóżko, na którym w jogińskiej pozie siedział człowiek. Zwrócił moją uwagę swoim bezruchem, postanowiłem więc na chwilę się przy nim zatrzymać. Był zwrócony plecami do okna i wpatrywał się w ścianę. Strasznie chudy, blady i wysoki, jego kompletnie łysa głowa wydawała się nieproporcjonalnie wielka. Nie miał na sobie ani koszulki ani majtek. Patrzyłem na niego może z pięć minut, a następnie przesunąłem celownik na ścianę, w którą się wpatrywał. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić, ściana była pusta - żadnych obrazków ani ozdób, wypłowiała tapeta tu i ówdzie obrywała się od ściany. Obejrzałem sobie pokój - również nic ciekawego, dwa krzesła, stoliczek ze stertą gazet, stary fotel, a przed łóżkiem na podłodze mały dywanik. Na zamkniętych drzwiach zauważyłem kilka dziwnych pionowych linii - i to wszystko. Uznałem, że gość sobie po prostu medytuje i nie należy się po nim spodziewać niczego specjalnego. Przeniosłem się więc do mojego ulubionego karateki, który właśnie rozpoczął rozgrzewkę przed kolejnym treningiem. Po jakichś dwóch godzinach, gdy nieletni mistrz oraz nieposkromiona parka zakończyli swoje występy, zajrzałem dla porządku jeszcze w okno jogina. Siedział wciąż w tej samej pozie, patrząc w ścianę. Wytrzymałem pół minuty, schowałem karabin i poszedłem spać.

Tak w zasadzie pewnie bym i o tym zapomniał, gdybym po kilku dniach znów przypadkiem nie zajrzał w to okno. Nie dostrzegłem niczego nowego i to mnie z jakiegoś powodu rozgniewało. Wtedy już na serio liczyłem, że każdy z lokatorów domu naprzeciwko ma do dyspozycji coś, co może dostarczyć mi rozrywki. A ten typ po prostu sobie siedział i gapił się w ścianę. Chociaż mógł się nie gapić tylko spać na siedząco. A może nie żył? Może to lalka albo manekin? A może naprawdę kopnął w kalendarz? Medytował, medytował i świat astralny w końcu upomniał się o niego. Bardzo się zainteresowałem tą sprawą. Patrzyłem na niego całą godzinę - nie ruszył się. Lalka jak nic. Tym bardziej, że taki chudy, wysoki, łeb wielki, skóra blada, a ręce prawie do kolan... Nie ma takich ludzi! No ale co ta lalka robi sama w tym pokoju? Rekwizytornia jakaś? A gdzie inne rzeczy? Czemu tam nikt nie wchodzi? Mieszkanie jest puste? A kto w takim razie zapalił światło? Popatrzyłem w okna sąsiednich mieszkań. Na prawo mieszkała rodzina z dwoma maleńkimi dziećmi, na lewo - światła zgaszone, nic nie widać. Spoko. Chciałem popatrzeć na coś innego, ale jakoś tego wieczoru ani karateka, ani zakochana para, broniąca ciągłości gatunku mnie nie zaciekawili.

Następnego dnia wróciłem z pracy trochę wcześniej i od razu zerknąłem w lunetę. Siedzi, dziad jeden. W tej samej pozycji. Chociaż nie, trochę się obrócił. Czyli że jednak coś tam się ostatecznie dzieje.

Gapiłem się cały wieczór, nie wychodziłem nawet do toalety. Siedzę twardo. On też. Gapi się w ścianę. Zdawałoby się, że trochę oddycha. Gdy rozbolały mnie oczy, machnąłem ręką i poszedłem spać.

Rano przed pracą spojrzałem znowu. Bez zmian.

Obserwowałem go cały tydzień. Kilka minut rano, kilka godzin wieczorem. Raz na jakiś czas jego położenie zmieniało się minimalnie, ale jak i kiedy - tego nie widziałem. Pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że ma w łóżku zmienioną pościel! Wtedy postanowiłem objąć go całodobową obserwacją.

Męczyłem się z tym cały wieczór, ale rezultat mnie zadowalał. Karabin na dwójnogu wycelowałem w okno, a do lunety przy pomocy statywu przystawiłem obiektyw kamery, która nagranie przesyłała bezpośrednio do laptopa. Będzie można potem zobaczyć, co dzieje się przez te kilka godzin, kiedy ja jestem w pracy. Rano sprawdziłem wszystko jeszcze raz dokładnie, a po naciśnięciu REC na kamerze wyszedłem z domu.

Pierwszego dnia czekało mnie rozczarowanie. Kamera zapisała wszystko poprawnie, jogin osiem godzin przesiedział na łóżku, nie ruszając się. Ledwo starczyło mi cierpliwości, aby powtórzyć wszystko następnego dnia.

Za drugim razem poszczęściło mi się. Wieczorem, przeglądając taśmę, zobaczyłem jak o 14:17 drzwi do pokoju się otwierają i wchodzi kobieta z tacą w rękach. Na początku pomyślałem, że pewnie przyniosła mu jedzenie, ale na tacy prawie nic nie było, widziałem tylko jakiś woreczek i kilka małych pudełek. Powoli podeszła do jogina i postawiła tacę przed nim na łóżku. Następnie jakiś czas stała i patrzyła na niego. Myślałem, że rozmawiają, ale gdy się przyjrzałem, okazało się, że jej usta się nie ruszają. Po chwili zaczęła pocierać jego lewą rękę, a następnie na kilka sekund pochyliła się nad nim. Co robiła dokładnie, nie sposób było powiedzieć, bo zasłaniały jego plecy, ale wyglądało to na zastrzyk. W każdym razie, takie odniosłem wrażenie. Później jakoś specyficznie, bokiem, podeszła do okna, uchyliła je i zapaliła papierosa. Gdy spaliła, zamknęła okno, zabrała tacę i rakiem wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Nic więcej się nie działo. Oderwałem się od monitora, zerknąłem w lunetę - w pokoju wszystko było tak, jak na ostatnich kadrach nagrania. Gdyby nie kamera, nie wiedziałbym nawet, że ktoś tam przychodził.

Przejrzałem nagranie jeszcze raz. Było w nim coś dziwnego, nawet strasznego. Chociaż zdawałoby się, że wszystko jest jasne. Na łóżku siedzi blady, chudy jak szczapa koleś, prawdopodobnie upośledzony, odwiedza go jego opiekunka, robi mu zastrzyk, pali papierosa i wychodzi. Obejrzałem nagranie jeszcze jeden raz. I jeszcze. I do niczego nie doszedłem. Spojrzałem jeszcze raz przez lunetę na gościa (siedzi, dziadyga), i poszedłem spać.

W ciągu następnego tygodnia, wykorzystując swój mały system inwigilacji, stwierdziłem, że:

a) kobieta z tacą przychodzi do pokoju raz na dwa dni, około 14-15, robi zastrzyk, pali papierosa i wychodzi;

B) prawdopodobnie poza tym w pokoju nie dzieje się zupełnie nic!

Stawało się to moją obsesją. Po pierwsze, nie widziałem, jak i kto zmienia mu prześcieradła. Po drugie, zrozumiałem, co dziwnego było w zachowaniu tej kobiety. Widziałem, jak trzy razy odwiedza go w pokoju, ale ani na sekundę nie odwraca się do niego plecami.

***

Śledziłem ich kilka ładnych tygodni, z pracy o mało mnie nie wyrzucili. W tym czasie jeszcze raz zmieniono mu pościel, ale tego nie widziałem. Musiało to być w nocy, kiedy spałem. Zauważyłem też, że kilka razy w tygodniu kobieta z mieszkania gdzieś wychodzi na 30-40 minut. Widziałem ją, jak wychodzi z klatki i wraca z kilkoma reklamówkami. Kilka razy udało mi się wypatrzeć dokąd idzie - szła do najbliższego warzywniaka, a w drodze powrotnej zachodziła do apteki. Próbowałem się dowiedzieć, co tam kupuje, ale paragon zawsze zabierała ze sobą, a obsługi pytać nie chciałem.

Raz na dwa dni przychodziła do niego do pokoju, robiła zastrzyk, paliła papierosa, wychodziła. Ani na sekundę nie spuszczała go z oczu. Jego pokoju nauczyłem się na pamięć. Dużo myślałem o paskach na drzwiach, o obdartych tapetach. Otóż na drzwiach była to po prostu zdarta farba. Obdarło ją to samo, co i tapety - jego paznokcie. Nie było na to najmniejszego dowodu, ale innego wyjaśnienia nie mogłem znaleźć. Zacząłem się go bać. Patrzyłem na niego przez lunetę, godzinami wgapiałem mu się w potylicę, a on po prostu sobie siedział w łóżku w kącie. Dziwne to było uczucie, patrzeć, jak w mieszkaniu obok małe dzieci bawią się i skaczą na tapczanie, a za ścianą, raptem kilka metrów od nich, siedzi ten potwór.

Miałem wrażenie, że powinienem coś z tym zrobić. Ale co? Wezwać milicję? Co im powiedzieć? Przyjadą, zastukają do drzwi, nikt im nie otworzy - i co potem?

Nękało mnie to. Jednego wieczoru w kafejce przekopałem cały Internet, ale oprócz klasycznych strasznych historyjek nie znalazłem niczego (chociaż zdaje się, że jedna pasta o tym nawet coś wspominała). Próbowałem też się czegoś dowiedzieć od mieszkańców bloku, ale najprawdopodobniej nikt nic o nim nie wiedział. Ostatecznie zdecydowałem się na najgłupszą rzecz w moim życiu.

Dobrze się do tego przygotowałem. Wziąłem ze sobą kilka moich najlepszych noży, rewolwer gazowy, maskę, aby w razie czego schować twarz, wytrychy, latarkę, petardy dla odwrócenia uwagi, a także świecę dymną. Pochowałem to wszystko po kieszeniach, starając się, aby nie wyglądało to podejrzanie i żebym nie brzęczał przy każdym ruchu, następnie wyszedłem na ulicę, siadłem na ławce przed klatką i czekałem. Gdyby wtedy rutynowo wylegitymowali mnie milicjanci, miałbym ogromne problemy. Czasem nawet żałuję, że tak się nie stało.

Najśmieszniejsze jest to, że siedząc tak wtedy na tej ławce, nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie chcę zrobić.

Po jakichś czterdziestu minutach zauważyłem, że kobieta z tego mieszkania wyszła z klatki i skierowała się swoim zwyczajem w stronę sklepu. Pół godziny miałem na pewno. Wstałem i wszedłem do tej samej klatki.

Gdy wszedłem na ósme piętro, zobaczyłem, że drzwi na korytarz są otwarte. Wszedłem i znalazłem się pośrodku słabo oświetlonego korytarza, którego jeden z końców był niesamowicie zagracony. Wzdłuż ścian stały rozmontowane metalowe szkielety łóżek, rower bez kół, łyżwy, sanki, jakieś zakurzone pudła, potrzaskane meble, a do tego wózek inwalidzki. Z jakiegoś powodu to on właśnie przykuł moją uwagę.

Obliczywszy, że drzwi do interesującego mnie mieszkania znajdują się dokładnie w tym zagraconym końcu korytarza, wstrzymałem oddech i ruszyłem w tamtą stronę. Oto i są - drzwi obite brązową sklejką, mieszkanie numer 41. Klamka, dziurka od klucza, wizjer - nic specjalnego. Stanąłem kilka metrów od drzwi, starając się pozbierać myśli. Co ja tutaj robię? Co mam zamiar zrobić? Dygocząc, tępo patrzyłem to na drzwi, to na wózek inwalidzki. Po chwili zdałem sobie sprawę, że oprócz własnego ciężkiego oddechu słyszę coś jeszcze. Wstrzymałem oddech i przysłuchałem się.

"Szszwaark... szszwaark..."

Dźwięk dochodził zza drzwi mieszkania numer 41 i wyraźnie się zbliżał. Zanim zdążyłem go jakoś zidentyfikować, zanikł. Zapadła pełna napięcia cisza. Myśli w mojej głowie powoli zaczęły się układać. Dotarło do mnie, że to, co słyszałem, to były jego kroki. Podszedł do drzwi i stoi za nimi. Nosz k**, pewnie jeszcze patrzy na mnie przez wizjer!

W tym momencie klamka zaczęła się szybko obracać, a na drzwi ze środka coś bardzo mocno naparło, sądząc po tym, jak zatrzeszczały. W tym momencie, delikatnie rzecz ujmując, zabrakło mi odwagi i wybiegłem stamtąd ile sił w nogach. Jak zszedłem z ósmego piętra - nie pamiętam, na pewno było to bardzo szybko. Wziąłem się w garść dopiero pod klatką. Miałem jeszcze na tyle oleju w głowie, żeby nie iść od razu do siebie, a przejść się chwilkę między blokami, zmylić ślady. W domu byłem po dziesięciu minutach. Od razu wbiegłem do pokoju, złapałem za karabin i wycelowałem w jego okno.

I wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej. Stał za oknem, skrobał paznokciami po szkle, i niech mnie kule biją, jeżeli nie wpatrywał się prosto we mnie. Widziałem go tylko przez sekundę, ale tego, co zobaczyłem, nie zapomnę nigdy. Chude, kościste ciało, przez białą jak papier skórę prześwitywały kości, wydłużone ręce zakrzywionymi palcami skrobią szkło, a na ogromnej, praktycznie białej, bezwłosej głowie potworna twarz, pozbawiona nosa. Dwoje wielkich, czarnych oczu i usta bez warg. Ruszał rękami, usta mu się otwierały i zamykały, zostawiając na szkle śliskie ślady, a oczy były wpatrzone we mnie. Czułem to spojrzenie.

Mimo, że mój mózg w tym momencie był sparaliżowany przez strach, to ciało wiedziało, co robić. Jak we śnie, odskoczyłem od okna i rzuciłem się do szafy, gdzie trzymałem pudełko amunicji. Dziesięć sekund później wróciłem z załadowanym już Remingtonem. Było mi wszystko jedno, co będzie potem. Zarepetowałem, złożyłem się i wziąłem okno na cel. Jednak jedyne, co ujrzałem w lunecie, to zaciągnięte zasłony.

***

Z mieszkania wyprowadziłem się tego samego dnia. Zapłaciłem właścicielowi, nie pytał o nic, a ja byłem mu za to wdzięczny. Skupiłem się na pracy, przeżyłem kilka miesięcy i zacząłem o tym zapominać. Czasem jednak o nim myślę. Zrozumiałem, dlaczego siedział twarzą do ściany - tak go posadzono. Specjalnie, aby nie widział innych ludzi. Kim on jest? Nie wiem. Czy jest niebezpieczny? Wydaje mi się, że ekstremalnie.

Czasami widuję go w snach. Drapie w moje drzwi, a ja patrzę na niego przez wizjer. Karabin za każdym razem chybia.

Nie podoba mi się to, że on mnie wtedy widział. Czy się boję? Mam broń i umiem się bronić, ale skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że się nie boję.

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Wydaje mi się, że zanim zacznę, należy się Wam kilka słów wprowadzenia. Otóż mam małego bzika na punkcie broni, survivalu, wyposażenia taktycznego, lornetek, latarek i tak dalej. Sprzętu mam od groma, a perełką mojej kolekcji jest karabin Remington 700 (w Rosji można go zupełnie legalnie kupić po pięciu latach posiadania wiatrówki). Mam do niego też dwie bardzo dobre lunety - jedną mocniejszą, a drugą słabszą. Nie, nie jestem żadnym psychopatą, powiedzmy, że lubię się czuć przygotowanym na nieprzyjemności w tych niespokojnych czasach. Tyle, jeżeli chodzi o wstępne wyjaśnienia.

A oto i sama historia. Pewnego razu zdarzyło mi się wynająć mieszkanie w jednym z północno-wschodnich rejonów Moskwy. Zrobiłem to z absolutnej konieczności, nie zamierzałem zostawać tam długo, więc umowę podpisałem tylko na kilka miesięcy. Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze dwunastopiętrowego wieżowca, a widok z okien byłby wspaniały, gdyby nie jedno "ale" - naprzeciwko, w odległości może dwustu metrów, stał inny dwunastopiętrowiec, poza którym praktycznie nic ze swoich okien nie widziałem. Mieszkanie było bardzo tanie, nie było w nim nawet telewizora. Internetu także nie zamierzałem podłączać, przecież i tak niebawem miałem opuścić to miejsce. Przyznacie więc rację, że nie było tam zbyt wielu rozrywek. Do tego, jak na złość, pracy, którą w międzyczasie podjąłem, okazało się mniej niż pierwotnie przypuszczałem. Spędzałem więc wieczory czytając, a potem, gdy słońce już zaszło, brałem karabin i zaczynałem bawić się w "oglądanie" - rozrywkę tę wynalazłem sobie już trzeciego dnia. Nastawiałem lunetę, patrząc na ulicę, dostrajałem ją do różnych obiektów, a raz czy dwa zajrzałem przypadkowo do kilku okien - i jakoś tak się wciągnąłem. Przyciągnąłem do okna biurko, postawiłem na nim Remingtona i przez szczelinę w zasuniętych zasłonach zacząłem poznawać mieszkańców domu naprzeciwko.

Macie zupełną rację, jeżeli w tym momencie myślicie o mnie źle. Nie ma nic dobrego w oglądaniu ludzi w celowniku lunety, nawet jeżeli jest ona przykręcona do niezaładowanego karabinu, ale, cholera, kiedy raz już spróbowałem, nie mogłem się powstrzymać. A poza tym, blok naprzeciwko był istną wylęgarnią świrów. Szybko mi się znudził gość z szóstego piętra, który całymi wieczorami zwykł oglądać pornole. Moimi ulubieńcami stali się za to chuchro-karateka z dziewiątego, który co wieczór urządzał sobie w kuchni bezlitosny trening, oraz para z siódmego. Parka ta była niesamowicie namiętna, przez te kilka dni, podczas których ich obserwowałem, uprawiali seks chyba na wszystkie sposoby, jakie znam, i wcale nie wyglądali, jakby kończyły im się pomysły. Do tego chyba nie wiedzieli, jak się wyłącza światło w ich sypialni, a podglądać ich można było bez końca - naprawdę wiele można się było od nich nauczyć. Byli jeszcze pijacy, interesujący tylko podczas burd, rozwódki z dziećmi, kilka mniej więcej normalnych rodzin, oraz dużo innych ludzi. Ale nie o nich będzie tu mowa.

Pewnego razu przypadkowo spojrzałem w okno na ósmym piętrze, na które wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi. Zobaczyłem prawie pusty pokój, oświetlony przez jedną jedyną lampę, wiszącą na suficie. Drzwi były porządnie zamknięte, a w kącie stało łóżko, na którym w jogińskiej pozie siedział człowiek. Zwrócił moją uwagę swoim bezruchem, postanowiłem więc na chwilę się przy nim zatrzymać. Był zwrócony plecami do okna i wpatrywał się w ścianę. Strasznie chudy, blady i wysoki, jego kompletnie łysa głowa wydawała się nieproporcjonalnie wielka. Nie miał na sobie ani koszulki ani majtek. Patrzyłem na niego może z pięć minut, a następnie przesunąłem celownik na ścianę, w którą się wpatrywał. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić, ściana była pusta - żadnych obrazków ani ozdób, wypłowiała tapeta tu i ówdzie obrywała się od ściany. Obejrzałem sobie pokój - również nic ciekawego, dwa krzesła, stoliczek ze stertą gazet, stary fotel, a przed łóżkiem na podłodze mały dywanik. Na zamkniętych drzwiach zauważyłem kilka dziwnych pionowych linii - i to wszystko. Uznałem, że gość sobie po prostu medytuje i nie należy się po nim spodziewać niczego specjalnego. Przeniosłem się więc do mojego ulubionego karateki, który właśnie rozpoczął rozgrzewkę przed kolejnym treningiem. Po jakichś dwóch godzinach, gdy nieletni mistrz oraz nieposkromiona parka zakończyli swoje występy, zajrzałem dla porządku jeszcze w okno jogina. Siedział wciąż w tej samej pozie, patrząc w ścianę. Wytrzymałem pół minuty, schowałem karabin i poszedłem spać.

Tak w zasadzie pewnie bym i o tym zapomniał, gdybym po kilku dniach znów przypadkiem nie zajrzał w to okno. Nie dostrzegłem niczego nowego i to mnie z jakiegoś powodu rozgniewało. Wtedy już na serio liczyłem, że każdy z lokatorów domu naprzeciwko ma do dyspozycji coś, co może dostarczyć mi rozrywki. A ten typ po prostu sobie siedział i gapił się w ścianę. Chociaż mógł się nie gapić tylko spać na siedząco. A może nie żył? Może to lalka albo manekin? A może naprawdę kopnął w kalendarz? Medytował, medytował i świat astralny w końcu upomniał się o niego. Bardzo się zainteresowałem tą sprawą. Patrzyłem na niego całą godzinę - nie ruszył się. Lalka jak nic. Tym bardziej, że taki chudy, wysoki, łeb wielki, skóra blada, a ręce prawie do kolan... Nie ma takich ludzi! No ale co ta lalka robi sama w tym pokoju? Rekwizytornia jakaś? A gdzie inne rzeczy? Czemu tam nikt nie wchodzi? Mieszkanie jest puste? A kto w takim razie zapalił światło? Popatrzyłem w okna sąsiednich mieszkań. Na prawo mieszkała rodzina z dwoma maleńkimi dziećmi, na lewo - światła zgaszone, nic nie widać. Spoko. Chciałem popatrzeć na coś innego, ale jakoś tego wieczoru ani karateka, ani zakochana para, broniąca ciągłości gatunku mnie nie zaciekawili.

Następnego dnia wróciłem z pracy trochę wcześniej i od razu zerknąłem w lunetę. Siedzi, dziad jeden. W tej samej pozycji. Chociaż nie, trochę się obrócił. Czyli że jednak coś tam się ostatecznie dzieje.

Gapiłem się cały wieczór, nie wychodziłem nawet do toalety. Siedzę twardo. On też. Gapi się w ścianę. Zdawałoby się, że trochę oddycha. Gdy rozbolały mnie oczy, machnąłem ręką i poszedłem spać.

Rano przed pracą spojrzałem znowu. Bez zmian.

Obserwowałem go cały tydzień. Kilka minut rano, kilka godzin wieczorem. Raz na jakiś czas jego położenie zmieniało się minimalnie, ale jak i kiedy - tego nie widziałem. Pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że ma w łóżku zmienioną pościel! Wtedy postanowiłem objąć go całodobową obserwacją.

Męczyłem się z tym cały wieczór, ale rezultat mnie zadowalał. Karabin na dwójnogu wycelowałem w okno, a do lunety przy pomocy statywu przystawiłem obiektyw kamery, która nagranie przesyłała bezpośrednio do laptopa. Będzie można potem zobaczyć, co dzieje się przez te kilka godzin, kiedy ja jestem w pracy. Rano sprawdziłem wszystko jeszcze raz dokładnie, a po naciśnięciu REC na kamerze wyszedłem z domu.

Pierwszego dnia czekało mnie rozczarowanie. Kamera zapisała wszystko poprawnie, jogin osiem godzin przesiedział na łóżku, nie ruszając się. Ledwo starczyło mi cierpliwości, aby powtórzyć wszystko następnego dnia.

Za drugim razem poszczęściło mi się. Wieczorem, przeglądając taśmę, zobaczyłem jak o 14:17 drzwi do pokoju się otwierają i wchodzi kobieta z tacą w rękach. Na początku pomyślałem, że pewnie przyniosła mu jedzenie, ale na tacy prawie nic nie było, widziałem tylko jakiś woreczek i kilka małych pudełek. Powoli podeszła do jogina i postawiła tacę przed nim na łóżku. Następnie jakiś czas stała i patrzyła na niego. Myślałem, że rozmawiają, ale gdy się przyjrzałem, okazało się, że jej usta się nie ruszają. Po chwili zaczęła pocierać jego lewą rękę, a następnie na kilka sekund pochyliła się nad nim. Co robiła dokładnie, nie sposób było powiedzieć, bo zasłaniały jego plecy, ale wyglądało to na zastrzyk. W każdym razie, takie odniosłem wrażenie. Później jakoś specyficznie, bokiem, podeszła do okna, uchyliła je i zapaliła papierosa. Gdy spaliła, zamknęła okno, zabrała tacę i rakiem wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Nic więcej się nie działo. Oderwałem się od monitora, zerknąłem w lunetę - w pokoju wszystko było tak, jak na ostatnich kadrach nagrania. Gdyby nie kamera, nie wiedziałbym nawet, że ktoś tam przychodził.

Przejrzałem nagranie jeszcze raz. Było w nim coś dziwnego, nawet strasznego. Chociaż zdawałoby się, że wszystko jest jasne. Na łóżku siedzi blady, chudy jak szczapa koleś, prawdopodobnie upośledzony, odwiedza go jego opiekunka, robi mu zastrzyk, pali papierosa i wychodzi. Obejrzałem nagranie jeszcze jeden raz. I jeszcze. I do niczego nie doszedłem. Spojrzałem jeszcze raz przez lunetę na gościa (siedzi, dziadyga), i poszedłem spać.

W ciągu następnego tygodnia, wykorzystując swój mały system inwigilacji, stwierdziłem, że:

a) kobieta z tacą przychodzi do pokoju raz na dwa dni, około 14-15, robi zastrzyk, pali papierosa i wychodzi;

B) prawdopodobnie poza tym w pokoju nie dzieje się zupełnie nic!

Stawało się to moją obsesją. Po pierwsze, nie widziałem, jak i kto zmienia mu prześcieradła. Po drugie, zrozumiałem, co dziwnego było w zachowaniu tej kobiety. Widziałem, jak trzy razy odwiedza go w pokoju, ale ani na sekundę nie odwraca się do niego plecami.

***

Śledziłem ich kilka ładnych tygodni, z pracy o mało mnie nie wyrzucili. W tym czasie jeszcze raz zmieniono mu pościel, ale tego nie widziałem. Musiało to być w nocy, kiedy spałem. Zauważyłem też, że kilka razy w tygodniu kobieta z mieszkania gdzieś wychodzi na 30-40 minut. Widziałem ją, jak wychodzi z klatki i wraca z kilkoma reklamówkami. Kilka razy udało mi się wypatrzeć dokąd idzie - szła do najbliższego warzywniaka, a w drodze powrotnej zachodziła do apteki. Próbowałem się dowiedzieć, co tam kupuje, ale paragon zawsze zabierała ze sobą, a obsługi pytać nie chciałem.

Raz na dwa dni przychodziła do niego do pokoju, robiła zastrzyk, paliła papierosa, wychodziła. Ani na sekundę nie spuszczała go z oczu. Jego pokoju nauczyłem się na pamięć. Dużo myślałem o paskach na drzwiach, o obdartych tapetach. Otóż na drzwiach była to po prostu zdarta farba. Obdarło ją to samo, co i tapety - jego paznokcie. Nie było na to najmniejszego dowodu, ale innego wyjaśnienia nie mogłem znaleźć. Zacząłem się go bać. Patrzyłem na niego przez lunetę, godzinami wgapiałem mu się w potylicę, a on po prostu sobie siedział w łóżku w kącie. Dziwne to było uczucie, patrzeć, jak w mieszkaniu obok małe dzieci bawią się i skaczą na tapczanie, a za ścianą, raptem kilka metrów od nich, siedzi ten potwór.

Miałem wrażenie, że powinienem coś z tym zrobić. Ale co? Wezwać milicję? Co im powiedzieć? Przyjadą, zastukają do drzwi, nikt im nie otworzy - i co potem?

Nękało mnie to. Jednego wieczoru w kafejce przekopałem cały Internet, ale oprócz klasycznych strasznych historyjek nie znalazłem niczego (chociaż zdaje się, że jedna pasta o tym nawet coś wspominała). Próbowałem też się czegoś dowiedzieć od mieszkańców bloku, ale najprawdopodobniej nikt nic o nim nie wiedział. Ostatecznie zdecydowałem się na najgłupszą rzecz w moim życiu.

Dobrze się do tego przygotowałem. Wziąłem ze sobą kilka moich najlepszych noży, rewolwer gazowy, maskę, aby w razie czego schować twarz, wytrychy, latarkę, petardy dla odwrócenia uwagi, a także świecę dymną. Pochowałem to wszystko po kieszeniach, starając się, aby nie wyglądało to podejrzanie i żebym nie brzęczał przy każdym ruchu, następnie wyszedłem na ulicę, siadłem na ławce przed klatką i czekałem. Gdyby wtedy rutynowo wylegitymowali mnie milicjanci, miałbym ogromne problemy. Czasem nawet żałuję, że tak się nie stało.

Najśmieszniejsze jest to, że siedząc tak wtedy na tej ławce, nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie chcę zrobić.

Po jakichś czterdziestu minutach zauważyłem, że kobieta z tego mieszkania wyszła z klatki i skierowała się swoim zwyczajem w stronę sklepu. Pół godziny miałem na pewno. Wstałem i wszedłem do tej samej klatki.

Gdy wszedłem na ósme piętro, zobaczyłem, że drzwi na korytarz są otwarte. Wszedłem i znalazłem się pośrodku słabo oświetlonego korytarza, którego jeden z końców był niesamowicie zagracony. Wzdłuż ścian stały rozmontowane metalowe szkielety łóżek, rower bez kół, łyżwy, sanki, jakieś zakurzone pudła, potrzaskane meble, a do tego wózek inwalidzki. Z jakiegoś powodu to on właśnie przykuł moją uwagę.

Obliczywszy, że drzwi do interesującego mnie mieszkania znajdują się dokładnie w tym zagraconym końcu korytarza, wstrzymałem oddech i ruszyłem w tamtą stronę. Oto i są - drzwi obite brązową sklejką, mieszkanie numer 41. Klamka, dziurka od klucza, wizjer - nic specjalnego. Stanąłem kilka metrów od drzwi, starając się pozbierać myśli. Co ja tutaj robię? Co mam zamiar zrobić? Dygocząc, tępo patrzyłem to na drzwi, to na wózek inwalidzki. Po chwili zdałem sobie sprawę, że oprócz własnego ciężkiego oddechu słyszę coś jeszcze. Wstrzymałem oddech i przysłuchałem się.

"Szszwaark... szszwaark..."

Dźwięk dochodził zza drzwi mieszkania numer 41 i wyraźnie się zbliżał. Zanim zdążyłem go jakoś zidentyfikować, zanikł. Zapadła pełna napięcia cisza. Myśli w mojej głowie powoli zaczęły się układać. Dotarło do mnie, że to, co słyszałem, to były jego kroki. Podszedł do drzwi i stoi za nimi. Nosz k**, pewnie jeszcze patrzy na mnie przez wizjer!

W tym momencie klamka zaczęła się szybko obracać, a na drzwi ze środka coś bardzo mocno naparło, sądząc po tym, jak zatrzeszczały. W tym momencie, delikatnie rzecz ujmując, zabrakło mi odwagi i wybiegłem stamtąd ile sił w nogach. Jak zszedłem z ósmego piętra - nie pamiętam, na pewno było to bardzo szybko. Wziąłem się w garść dopiero pod klatką. Miałem jeszcze na tyle oleju w głowie, żeby nie iść od razu do siebie, a przejść się chwilkę między blokami, zmylić ślady. W domu byłem po dziesięciu minutach. Od razu wbiegłem do pokoju, złapałem za karabin i wycelowałem w jego okno.

I wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej. Stał za oknem, skrobał paznokciami po szkle, i niech mnie kule biją, jeżeli nie wpatrywał się prosto we mnie. Widziałem go tylko przez sekundę, ale tego, co zobaczyłem, nie zapomnę nigdy. Chude, kościste ciało, przez białą jak papier skórę prześwitywały kości, wydłużone ręce zakrzywionymi palcami skrobią szkło, a na ogromnej, praktycznie białej, bezwłosej głowie potworna twarz, pozbawiona nosa. Dwoje wielkich, czarnych oczu i usta bez warg. Ruszał rękami, usta mu się otwierały i zamykały, zostawiając na szkle śliskie ślady, a oczy były wpatrzone we mnie. Czułem to spojrzenie.

Mimo, że mój mózg w tym momencie był sparaliżowany przez strach, to ciało wiedziało, co robić. Jak we śnie, odskoczyłem od okna i rzuciłem się do szafy, gdzie trzymałem pudełko amunicji. Dziesięć sekund później wróciłem z załadowanym już Remingtonem. Było mi wszystko jedno, co będzie potem. Zarepetowałem, złożyłem się i wziąłem okno na cel. Jednak jedyne, co ujrzałem w lunecie, to zaciągnięte zasłony.

***

Z mieszkania wyprowadziłem się tego samego dnia. Zapłaciłem właścicielowi, nie pytał o nic, a ja byłem mu za to wdzięczny. Skupiłem się na pracy, przeżyłem kilka miesięcy i zacząłem o tym zapominać. Czasem jednak o nim myślę. Zrozumiałem, dlaczego siedział twarzą do ściany - tak go posadzono. Specjalnie, aby nie widział innych ludzi. Kim on jest? Nie wiem. Czy jest niebezpieczny? Wydaje mi się, że ekstremalnie.

Czasami widuję go w snach. Drapie w moje drzwi, a ja patrzę na niego przez wizjer. Karabin za każdym razem chybia.

Nie podoba mi się to, że on mnie wtedy widział. Czy się boję? Mam broń i umiem się bronić, ale skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że się nie boję.

źródło:paranormalne.pl

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Ja również prosiłbym o więcej...

Historia o tym facecie co obserwował ludzi z bloku przez lunetę najlepsza...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Troche brutalne, ale mi się podoba.

Betty spędzała samotnie wieczór w domu, kiedy usłyszała głośne

pukanie do drzwi. U progu stał młody mężczyzna w skórzanej kurtce. Prędko wyjaśnił kobiecie, że zepsuł mu się samochód, a ponieważ bateria w komórce rozładowała, zapytał czy mógłby zadzwonić z jej domu. Betty była osobą przyjaźnie nastawioną do ludzi, więc bez wahania przystała na prośbę nieznajomego.

Po wykonanym telefonie kobieta zaproponowała przybyszowi coś do picia. Usiedli wspólnie przy kominku w salonie i wdali się w luźną dyskusję, oczekując na wezwaną pomoc. Po pewnym czasie kobieta przeciągle ziewnęła, wskutek czego spojrzała na zegar i zorientowała się, że wybiła już bardzo późna godzina. Poinformowała o tym swego gościa, licząc że opuści dom i uda się w swoim kierunku, jednak ten kompletnie zignorował Betty i jakby nie słysząc co mówi, dalej opowiadał o swej pasji do filmów.

Mężczyzna poprosił o skomentowanie paru wymienionych przezeń tytułów, po czym rozwinął temat video nasty. Betty nie do końca rozumiała o co nieznajomemu chodzi, toteż wytłumaczył jej czym owe filmy są – a były zapisem prawdziwego morderstwa, bez żadnych efektów specjalnych czy sztuczek. Materiał w stu procentach autentyczny.

Kobieta dostała gęsiej skórki i powiedziała swemu rozmówcy, że nie przepada za horrorami, odkąd jeden przeraził ją do szpiku kości. Mężczyzna, nie zważając na lekko napiętą atmosferę, kontynuował wątek i opowiedział Betty o jednym z filmów: przedstawiał makabryczny zapis morderstwa kobiety, którą więziło trzech psychopatów – znęcali się nad nią, gwałcili, a na koniec pocięli na kawałki. Film miał wyglądać jak nagrany zwykła kamerą.

Betty czuła się coraz bardziej nieswojo w towarzystwie nieznajomego. W pewnej chwili zauważyła pod jego kurtką osobliwą czerwoną poświatę, na pierwszy rzut oka niewzbudzającą zainteresowania. Natychmiast zbladła, gdy uświadomiła sobie, że chował pod spodem kamerę, a ją przez cały ten czas nagrywał...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

niezłe :-D nadal chcę więcej ... tak się wciągnęłam, że do rana czytałam haha !

Nie spamuj. Romek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

ona.exe

To był normalny dzień, taki jak wszystkie inne. Surfowałem po internecie w poszukiwaniu crack'a do najnowszej ściągniętej przeze mnie gry.

Nagle ukazała mi się japońska strona. Użyłem Google Tłumacza aby przetłumaczyć ją na Polski. Strona była szczerze mówiąc brzydka. Czarna czcionka Times New Roman na białym tle. Internetowy tłumacz przetłumaczył to naprawdę źle, przez co opisy crack'ów nie miał żadnego sensu. W wyszukiwarce wpisałem nazwę gry, i przeniosło mnie do białej strony, w której znajdował się mały link o nazwie "craCk". Normalnie nie otworzyłbym takiego linku, lecz przez to, że nigdzie indziej nie mogłem znaleźć crack'a do tej gry, otworzyłem link.

Po pobraniu pliku zobaczyłem, że na moim pulpicie znajduje się folder nazwany, jak można się domyśleć, "craCk". Kiedy go otworzyłem, ujrzałem 2 pliki. Jeden o rozszerzeniu .txt, i jeden o rozszerzeniu .exe. Najpierw chciałem zobaczyć, co kryje plik .txt, który jak się okazało znowu wymagał tłumaczenia. Gdy przetłumaczyłem plik trochę się przeraziłem, ponieważ przetłumaczyło tekst na: "pomóżmipomóżmipomóżmipomóżmipomóżmi".

Co do pliku .exe, to bałem się trochę o mój komputer, ponieważ to mógłby być wirus. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że jeśli to będzie cokolwiek złego, to mój antywirus to usunie.

Kliknąłem na plik .exe, a dokładniej "ona.exe", mój komputer się wyłączył. Kiedy go włączyłem, na pulpicie znajdowały się 4 nowe pliki.

go.txt, ona.wmv, ona.exe i ona.jpg. Trochę się zaniepokoiłem. Go.txt zawierał to samo co poprzedni plik .txt. Kliknąłem na ona.wmv. Windows Media Player odtworzył nagranie wideo, które przedstawiało widok "z oczu" kogoś, kto szedł leśną ścieżką około 1. w nocy.

Po chwili ten ktoś doszedł do torów i zaczął iść wzdłuż nich.

W związku z tym, że na nagraniu była noc i było bardzo ciemno, obraz przez chwilę zrobił się całkowicie czarny, ale cały czas można było słyszeć kroki.

Kamerzysta włączył jakąś latarkę, po czym zatrzymał się, i nastała martwa cisza. nagle kamera została skierowana w dół, na nogi kamerzysty, ale dalej było słychać kroki w tle. Kamera powoli podniosła się, i ujrzałem scenę która nawiedza mnie do dnia dzisiejszego. To była kobieta z całkowicie szarą skórą. Ubrana była w starą suknie i trzymała się długiego kija.

Jej twarz była czarna, a jej oczy świeciły na żółto. Podeszła trochę, a kamera wyleciała z rąk operatora, przez co obraz był czarny.

Po około 15 sekundach kamera została podniesiona i skierowana na martwego mężczyznę lezącego na ziemi. Po chwili nagranie się skończyło.

Byłem tak przerażony, że nie chciałem nawet otwierać zdjęcia, lecz to zrobiłem. Zdjęcie pokazywało klatkę z wyżej wymienionego nagrania przedstawiającą TĄ kobietę. Nie mogłem zasnąć tamtej nocy.

link to zdjęcia :http://images.wikia.com/creepypasta/images/6/6c/1314949593571.jpg

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz